Marek odwrócił się i wszedł do świątyni, zatrzaskując ciężkie drzwi za sobą.
Oczy jego, na ganku oślepione słońcem, wprost na twarz mu padającym, błądziły zrazu w mroku, zalegającym olbrzymią salę... Nie wiedział, czy to złudzenie, czy rzeczywistość: tam w głębi o czarną kazalnicę ze złotym napisem oparta stała Ihezal... Nie widział jej już był342 dawno, niemal od owego pamiętnego dnia na platformie dachu. Zbliżył się teraz ku niej z wolna.
— Ihezal! powracam na Ziemię...
— Wiem, że masz zamiar powrócić...
Dostrzegł w półmroku, że oczy ma przerażone i jakby błędne, na ustach skostniały, do skrzywienia podobny uśmiech.
— Ihezal!
Obejrzała się szybko wokoło. Jakiś ledwo dosłyszalny szelest za kazalnicą...
Z zastygłą maską na twarzy, jakby pod przemocą obcej woli rozwarła mechanicznie drżącymi rękoma szatę na piersi.
— Pójdź...
Nagle wyciągnęła ręce przed siebie.