Chciał się zgubić co prędzej. Oddał przy drzwiach kartę wstępu i wszedł na salę. W ucho mu wpadł znany, łaskotliwy, miałki brzęk złota, ustawicznie przesypywanego. Stoły gęsto były obstawione. Poza rzędem siedzących w krzesłach stali jeszcze inni i cisnęli się, rzucając stawki przez ich ramiona. Galeria typów, postaci, „nagich dusz”, żądza złota z wszystkich pozorów ogołocona. Łacheć lubił czasem przed rozpoczęciem gry krążyć tutaj i przypatrywać się twarzom, ruchom, chwytać słowa rzadkie rozmów, urywanych i krótkich, a tak wymownych. Ale dzisiaj parł go jakiś niepokój wewnętrzny: pilno mu było zacząć grę samemu. Przeszedł szybko przez pierwszą i drugą salę, nie rzuciwszy nawet okiem na grających — w trzeciej dopiero rozejrzał się, czy nie ma gdzie miejsca wolnego.
Ktoś powstał i odchodząc, zaczął się przebijać przez szeregi za poręczami krzeseł stojące. Łacheć skorzystał z utworzonego wyłomu, aby się zbliżyć chyłkiem ku stołowi.
— Messieurs! Faites vos jeux448!
Na zielonym suknie leżały stosy złota i paski papierów podłużne stemplem domu gry oznaczone, które przy osobnej kasie graczom wydawano jako kwity na złożone sumy znaczniejsze. Dorzucano jeszcze i stąd, i zowąd garście pieniędzy; starszy krupier z talią kart w ręku czekał na ostatnie stawki spóźnione.
— Rien ne va plus449! — wyrzucił pierwszą kartę.
Ktoś jeszcze chciał na kolor czerwony parę sztuk złota postawić — obok siedzący pomocnik krupiera szybkim ruchem grabek odrzucił stawkę.
— Trop tard, monsieur, rien ne va plus450! — powtórzył.
W ciszy najzupełniejszej, wyczekującej, zaszeleściły karty, pojedynczo na skórzaną podkładkę rzucane. Białymi palcami, ruchem szybkim i wytwornym, z najdoskonalszą obojętnością na wygolonej twarzy, krupier wkładał znaczki czarne i czerwone, doliczając oka.
— Trente neuf451! — zawołał, przerywając pierwszy szereg.
Rozjaśniły się oczy tych, co na kolor czerwony stawiali; wedle wszelkiego prawdopodobieństwa szereg drugi nie dosięgnie tej cyfry, niższej tylko o jedno oko od maksimum.