— Zagraj pan — rzekł — mam piętnaście minut czasu.

Łacheć zaczerwienił się i wybełkotał coś niezrozumiałego.

— No prędzej, czas upływa — nalegał dostojnik, przeglądając jakieś notatki.

— Nie umiem.

— Co?

— Nie umiem grać — powtórzył Łacheć. — Tworzę tylko i dyryguję.

Dyrektor zadzwonił.

— Następny! — rzucił krótko lokajowi ukazującemu się we drzwiach.

Tak się skończyło to wiekopomne w jego życiu posłuchanie.

Zmuszony był w końcu udać się z prośbą o pomoc do pana Benedykta, dalekiego jakiegoś wuja z macierzystej strony. Pan Benedykt, rad w własnych myślach za człowieka dobroczynnego uchodzić, pomocy nie odmówił i sumek niewielkich kilkakrotnie w formie pożyczek mu udzielił, ale hojnym nie był bynajmniej, zwłaszcza że nie wierzył i on w talent tego dziwnego muzyka, nieumiejącego grać nawet.