Widok, jaki ją uderzył, był zaiste jedyny. W przedpokoju, służbą natłoczonym, stał pan Benedykt, broniąc się jedną ręką jakiemuś maleńkiemu człowieczkowi o rozczochranej głowie, który, jak kot na piersi jego uczepiony, piąstką go po twarzy okładał. W drugiej ręce zacny emeryt trzymał sznurek uwiązany do nogi innego karzełka, usiłującego na próżno słowem i gestami powstrzymać gniew swego towarzysza. Służba była bezradna, bo co który wyciągnął rękę, by rozwścieczonego karła pochwycić, pan Benedykt krzyczał zawzięcie:

— Precz! Nie róbcie mu nic złego; to dla pani Azy...

Śpiewaczka zmarszczyła brwi.

— Co się tu dzieje? Czyście poszaleli!

W tej chwili pan Benedykt zdołał nareszcie uwolnić się od napastnika i podbiegł ku niej krokiem zgoła młodzieńczym.

— Paniusiu — zaczął zdyszany, wznosząc wysoko brwi pokryte sińcami — przywiodłem paniusi coś...

Mówiąc to, pociągnął za sznurki w dziecięce marynarskie ubranka przystrojonych karzełków.

— Co to jest?

— Krasnoludki, paniusiu, bardzo łagodne! Służby się nauczą...

Aza, podrażniona rozmową z Jackiem tak brutalnie i głupio przerwaną, nie była w dobrym humorze. Kiedy indziej byłaby tylko śmiechem parsknęła — teraz wezbrała w niej złość.