Roda udał wielce zakłopotanego.
— To fatalne! Chociaż treść listów, które nasz przyjaciel Marek do waszej dostojności pisał, znam dokładnie i będę mógł z pamięci powtórzyć...
— W takim razie nie ma nieszczęścia...
— O nie! Obawiam się tylko... bo wszak to było jedyne nasze uwierzytelnienie...
— Zbyteczne. Wierzę wam na słowo.
Roda uderzył się ręką w czoło.
— Teraz sobie przypominam. Rzeczywiście listy w wozie nie zostały. Odebrał mi je ten bałwan, który nas w klatce...
— Niech pan już nie wspomina o tym przykrym nieporozumieniu. Hafida poleciłem już szukać. Jeśli listów gdzie nie zaprzepaścił, odbierzemy je. Mnie jednak wołają obowiązki i tutaj już nie mogę czekać na wynik poszukiwań... Chciałbym nawet odlecieć zaraz, jeśli panowie nie macie nic przeciw temu, aby mi towarzyszyć.
— Jesteśmy na rozkaz gotowi — rzekł Roda, kłaniając się znowu.
Za chwilę siadali już do samolotu. Jacek, umieściwszy się na przodzie, rzucił jeszcze okiem poza siebie, czy towarzysze jego dobrze się trzymają, i opuścił rękę na dźwignię, włączającą śrubę powietrzną w system akumulatorów.