— Morze, morze, które trzeba rozkołysać, rozwichrzyć, wzdąć i zalać nim świat...
W głowie Łachcia, dotąd oszołomionej, nagle coś błysnęło, zdawało mu się, że zaczyna rozumieć...
— I pan chce...?
Grabiec skinął głową, wzroku zeń nie spuszczając.
— Tak.
— I pan mnie wezwał...?
— Tak.
— Aby już nie było Halsbandów, gramofonów, starych emerytów?
— Tak jest. Aby nie było nic z tego, co jest. Jeno wielkie morze, chłonące brud ziemi, a nad nim rozkazujący falom bogowie.
Józwa zbliżył się do nich i usiadł ciężko na krześle.