— Zabiłbym panią.
— To się tak mówi...
Igrać z nim poczynała, jak kot bawiący się myszą.
— Nie, pani. Ja jeżeli mówię... Ach! Gdybyż to pani mogła wiedzieć, ile ja razy o tym myślałem, patrząc na panią z ukrycia, chłonąc panią oczyma!
— Aby mnie zabić?
— Tak. Pani powinna być zabita. Pani na ten świat przyszła na nieszczęście ludzi!
— Ja i szczęście dać umiem. O! Jeszcze jakie szczęście!
Dreszcz gwałtowny wstrząsnął postacią Łachcia.
— Ja wiem, domyślam się, czuję. I właśnie dlatego... Szczęście obłędne, które łamie, niweczy... Być mocnym na tyle, zdobyć się na to: palce około białej szyi pani owinąć i ściskać, ściskać, aż dech ostatni uleci! A przedtem nawet ust pani nie dotknąć...
Dziwna, aż bolesna rozkosz przebiegła Azę dreszczem po grzbiecie.