Piękny, zdrowy, niezatroskany, życiem jak burza huczący pił rozkosz istnienia pełnymi piersiami i naprawdę nie było rzeczy, której by mu los odmówił. Kobiety drżały, patrząc nań, i mógł wśród nich wybierać, jak sułtan z baśni Tysiąca nocy, pewien, jak ów sułtan, że żadna wezwania jego nie odrzuci, chociażby wiedziała, że śmierć ją czeka nazajutrz z jego ręki.

Nikt nie widział nigdy Seraty smutnym ani przygnębionym; mówiono o nim, że się tak śmieje, jak słońce świeci na niebie. I gdy pewnego dnia wieść się rozniosła, że ten człowiek zginął kędyś nagle i niepojęcie, przypuszczano powszechnie zbrodnię i szukano długo jej śladu — tak dalece nie mógł nikt pomyśleć, aby on sam dobrowolnie odwrócił się od tego życia, które chciwymi usty z pełnej dotąd pił czary.

Mimo woli wzniósł Jacek oczy i zwrócił spojrzenie na twarz siedzącego przed nim pustelnika.

I to jest on! On sam — Serato...!

Nyanatiloka, Trójświatowiedny.

Półnagi, spokojny, użebranym chlebem żyjący, a boski...

„Chciałem żyć” — mówi.

Chciał żyć...!

Więc czymże było tamto — ten szał bujny, kipiącej mocą sztuki, sławy, miłości? Nie byłoż to właśnie życiem, które jemu, Jackowi, błyska czasem jak ogień przelatujący przed mózgiem, zmęczonym mądrością? I możnaż było tamto wszystko rzucić tak niepowrotnie a lekko...

— Nie żal ci...?