Ihezal podniosła na niego z wolna duże, czarne źrenice, pełne jeszcze słonecznego blasku, który tlił na ich dnie gorącym, złotym zarzewiem...
— Jereta? — powtórzyła, jakby nie rozumiejąc pytania.
Uśmiechnęła się i wstrząsnęła głową.
— Ach, nie! Ani jego, ani nikogo, teraz ani nigdy!
Powieki z długimi rzęsami opadły jej do połowy na oczy, w których blask słońca dogasał — zadrgały purpurowe wargi.
Marek przechylił się w tył i legł na wznak, wspierając głowę na złożonych pięściach. Patrzył w niebo pogodne, wieczorną zorzą szeroko aż po zenit malowane.
— To jest dziwne właściwie — zaczął po chwili — przybyłem tu i idę dzisiaj szernów wytracać, w ich kraju własnym, na ich własnym globie. Dlatego, że ludzie tu chcą żyć... Dlatego, że oni są słabsi i że nie przybyli przed tysiącleciami na Ziemię i nie uczynili nas bydłem swoim... I jakie, jakie ja mam prawo? i jakie prawo macie wy w ogóle?...
Urwał i zaśmiał się szeroko, nieco wymuszenie.
Ihezal patrzała na niego ze zdumieniem.
— Panie...?