— Czy ty jesteś bogiem, panie? — szepnęła sennie.
Marek uczuł, że skroń jej, w tył podana, musnęła mu wargi...
Na dole — gdzieś na wybrzeżu, daleko, ozwał się twardy dźwięk trąby. Marek jednym skokiem zerwał się na nogi. Dziewczyna z cichym jękiem opadła mu twarzą na stopy, ale on już patrzył ku miastu, ku morzu. Pobudka ozwała się znowu, słychać ją było w ciszy wyraźnie.
— To moja godzina — rzekł Marek — Wzywają moich żołnierzy.
Schylił się i podjął leżącą dziewczynę.
— Ihezal, słuchaj, jeślibym nie wrócił...
Patrzyła mu w oczy.
— Jasny jesteś i jak płomię92 okrążysz glob księżycowy! Morze cię poniesie i wichry, szczęk i pioruny pójdą za tobą; strach ci będzie za gońca, strach wołający wielkie święte twe imię! A którzy padną, błogosławieni będą, że padną przy tobie, a którzy przeżyją, wołać będą: „Chwała Zwycięzcy”... A ja...
Głos jej się w piersi zaparł, poruszyła bezdźwięcznie ustami — i nagle wybuchnęła spazmatycznym łkaniem.
Trąba zagrzmiała po raz trzeci: wzywano teraz Zwycięzcę, aby sprawiał woje93 do drogi.