Czasem z kupy zwalisk szern się jaki zerwał, rozpaczliwej próbując ucieczki, ale wnet padał kulą rażony, nie zdoławszy nawet dosięgnąć pierścienia oblegających niszczycieli. Niektórzy, strachem śmierci obłąkani, wzlatywali nad rozhukane morze i ginęli rychło, w fale padając.

Zwycięstwo odniesiono zupełne — nawet bez straty jednego człowieka.

Kiedy jednak Marek po pewnym czasie wprowadzić chciał ludzi swoich na dymiące ruiny, aby je przeszukać, Nuzar pochwycił go za brzeg bluzy i potrząsł głową przecząco.

— Tych jeszcze nie trzeba gubić — rzekł pokazując na zwycięskie szeregi — jeszcze ci się, panie, przydadzą.

Marek spojrzał na niego z pytaniem.

— Szernowie tam są jeszcze w jamach ukryci; pod miastem całym ciągną się głębokie pieczary. Kto wejdzie tam, zginie.

— A wejścia do pieczar? — spytał Marek.

— Są liczne. Niektóre z nich pod batem morcy zamurowali, bo wody morza się przez nie wdzierały.

— Gdzie się znajdują?

— Ujęci morcy wskażą ci je niechybnie. Znają te miejsca aż nadto dobrze, bo mury pod uderzeniem fal psują się ciągle i wciąż je trzeba wzmacniać i naprawiać...