Marek stał długo i patrzył oniemiały na ten cudownie piękny i cichy kraj, który — nim słońce zgaśnie — on miał zamienić na widownię walki, najkrwawszej może, jaka dotychczas na Księżycu była stoczona — gdy nareszcie wyrwały go z zadumy głosy żołnierzy, urywane i świętym jakimś tchnące lękiem.
Obejrzał się. Ludzie jego stali od tajemniczej krainy szernów odwróceni i z podziwem pokazywali sobie jakąś rzecz nadzwyczajną na dalekim południowym horyzoncie. Ponad krainą, jak gdyby morze falami, tak w nieskończoność gdzieś idącymi górami zwełnioną, wgryzał się w ostrą piłę najdalszych szczytów obłok jakiś nikły i białawy, kolisto górą sklepiony i dziwnie odmienny...
Przez długi czas nie mógł sobie Marek zdać sprawy z tego zjawiska, aż nagle — usta mu zadrgały... Tak! wszakże znajduje się już w pobliżu bieguna południowego i w tej wysokości!... Tak, tak! ten skrawek znikomy, ten wąski sierp biały, w dole zębatym od gór widnokręgiem poszczerbiony!...
— Ziemia! Ziemia! — poczęto tymczasem już głośno wołać pośród żołnierzy.
Niektórzy padali twarzą na śnieg, inni wznosili ręce i trwali tak, pełni zachwytu, nie mogąc zrozumieć, jak gwiazda, z innego krańca księżycowego globu dla nich widoczna, tutaj zjawia się znowu przed ich oczyma!
— Ziemia idzie za Zwycięzcą! — szepnął ktoś zbladłymi usty129.
— Ziemia przyszła patrzeć na szernów pogrom ostateczny.
Jeret rozłożył ręce szeroko:
— Ziemia jest wszędzie! — zawołał. — Oczy ludzkie widzą ją na jednym miejscu i nieruchomą, ale ona okrąża tarczę Księżyca i pilnuje granic Wielkiej Pustyni!
— Ziemia jest wszędzie! — zakrzyknięto chórem.