Jeret ruszył ramionami.
— Nie... nie można powiedzieć: źle... Ale...
Urwał i zamilkł, jakby szukając wyrazu. Mataret milczał również przez jakiś czas, a potem rzekł, powstając:
— Jeżeli nie chcesz mówić, odchodzę. Po cóż mam cię zmuszać do tego, abyś kłamał przede mną?
Jeret pochwycił go żywo za rękę.
— Zostań. Owszem. Chcę mówić, tylko...
Otrząsnął się.
— Widzisz, ja sam nie wiem, jak to nazwać. Źle nam się dotychczas nie powodzi, mimo że jest ciężko w tej chwili... Zrobiliśmy dotychczas wszystko, co w mocy ludzkiej leży...
Wzniósł głowę, spojrzał Mataretowi wprost w oczy.
— Wszystko, co w mocy ludzkiej leży — powtórzył z naciskiem — ale ponadto: nic.