— Nic, panie. Mówi, że mu się tak podobało.

Marek powstał i zbliżył się ku stojącemu nieruchomo szernowi. Potworne oblicze pierwobylca spokojne było i z lekka wzgardliwe, kiedy spoglądał na dwakroć wyższego od siebie olbrzyma. Nie znać na nim było ani śladu trwogi lub pomieszania; zaledwie cień ciekawości przeglądał z czworga krwawych, przygasłych oczu...

— Mówcie mu — rzekł Marek, do morców się zwracając — mówcie mu, że będzie żyw i wolny, jeśli zechce odpowiadać na moje pytania...

Morcy jęli znowu wyć i szczekać, gestykulując przy tym żywo, a gdy po pewnym czasie szern im coś odbłysnął, zwrócili się do Zwycięzcy z wyrazem zakłopotania w tępych twarzach.

— Powiada, że gdyby mu było na życiu zależało, byłby uciekł razem z innymi... Chciał tylko zobaczyć...

Morzec urwał.

— Zwycięzcę! — podpowiedział Nuzar szybko.

— Czy tak rzekł? Istotnie?

— Powiedział inaczej, ale nie śmiem...

— Mów!