To mówiąc, pokazywał ręką wzgórze, kędy snuli się — z dala w różowym słońcu widoczni Bracia Wyczekujący, ruszając z odwiecznych miejsc trupy, aby je na dół pod nogi Zwycięzcy poznosić.

— Tamci już ciebie nie potrzebują! Przyszedłeś — i skończyło się już ich nużące pośmiertne czuwanie! Spłoną na wieczny spoczynek tu w tej kotlinie, kędy nigdy jeszcze ogień nie płonął, bo my bez ognia, jakoby na godzinę z domu wyszedłszy, w tych namiotach przez siedem wieków ciebie czekali! Ale my cię potrzebujemy, potrzebują cię ci wszyscy, po księżycowym globie rozsiani, nad morzem dalekim, na równikach, na górach i nad strumieniami!... A ty, przybywszy, igrasz ze mną, a potem — chcesz wracać!

Mówił to wszystko gorąco, niemal uroczyście, bez cienia przestrachu, który pierwsze zdania w gardle mu dławil. Przy ostatnich słowach głos jego zadrgał, jakby gorzką jakąś, bolesną ironią.

Marek się już nie śmiał. Patrzył na mnicha szeroko rozwartymi oczyma, jak gdyby teraz dopiero zrozumiał, że szalone przybycie jego na Księżyc związało się przez przypadek z czymś wielkim, że wziął — nie wiedząc o tym — jakieś brzemię na ramiona... Przed chwilą śmiał się z legendy, w którą wplótł się mimo woli — teraz strach go ogarnął. Przetarł dłonią czoło i spojrzał po mnichach, którzy właśnie z gór stare zwłoki znosili i w milczeniu je na mchu układali, wszystkie twarzą ku niemu zwrócone.

— Czego wy chcecie ode mnie? — rzekł mimo woli.

— Zbaw nas, panie! — zakrzyknął Elem.

— Zbaw nas, zbaw nas, panie! — powtórzyli chórem, jak echo, Bracia Wyczekujący.

— Ale co wam się dzieje? mówcież nareszcie...

Urwał i odetchnął głęboko.

— Co wam jest?