Przez jedną chwilę chciała uciekać i ona. Ale uczuła, że nogi jej nie służą, duszność jakaś ją ogarnęła, zaczęły jej ciężyć sztywne, drogocenne szaty. Cichy jęk wyrwał jej się z ust posiniałych i na wpół rozwartych.

Szern dotychczas nie wydał głosu. Zwijając się w męce, miał rogowe wargi zaciśnięte i teraz patrzył tylko w milczeniu straszliwymi oczyma na słaniającą się dziewczynę. I ona wzroku od oczu jego oderwać nie mogła. Nigdy jeszcze wobec nich nie czuła się tak bezsilną, jak teraz, kiedy przyszła właśnie dumnemu potworowi moc swoją i wspaniałość okazać. Szeroko rozwartymi, tępymi źrenicami patrzyła na niego nieruchomie, niezdolna kroku nawet postąpić. Widziała ranę na piersiach, pochodnią wypaloną, która teraz w czerwonych skaczących płomieniach u stóp jego gasła — i oczy, oczy...

Straszliwy, obłąkany krzyk wydarł jej się z piersi i zamarł w połowie na najwyższym tonie, jak fontanna nagle mrozem ścięta.

A szern zaczął mówić:

— Panami są szernowie, zła ani dobra nieznający, panami są w więzach nawet, w ranach i pokonaniu.

Służyć im musi każdy twór, który przyszedł na Księżyc, a choćby się wyłamywał spod władzy ich — upadnie.

Panami byli od początku, kiedy Ziemia-służebnica nocom ich świeciła, i będą panami do skończenia czasów, kiedy Wielka Pustynia wypije morze i Księżyc cały pochłonie...

Ihezal bezdźwięcznie poruszyła wargami.

— Pójdź bliżej — rzekł znowu szern po chwili, nie spuszczając z niej wzroku.

Zachwiała się, ale posłuszna postąpiła kilka kroków.