— Ratuj nas! ratuj!
Marek siedział na ziemi z zaciśniętymi ustami i ściągniętą brwią. Ważył coś w myśli długo, choć głosy błagalne już umilkły i cisza pełna oczekiwania zrobiła się dokoła niego... Była chwila, że spojrzał mimo woli na wóz swój błyszczący i każdej chwili gotowy do odjazdu, jak gdyby chciał siąść weń i uciekać w międzyplanetarne przestrzenie tam ku Ziemi — ale myśl tę szybko odrzucił od siebie. Postanowienie jakieś twarde ścięło rysy jego młodej twarzy.
— Jacy są ci szernowie? czy podobni do ludzi? — zapytał.
— Nie, nie! Oni są straszni!
— Straszni, straszni! — zawołali mnisi.
Marek zwrócił pytające oczy na Elema. Na twarzy zakonnika malował się wstręt, z bólem wprost graniczący. Pochylił głowę, a po chwili wykrztusił:
— Straszni są. Sam ich, panie, zobaczysz.
— Chcę wiedzieć teraz. Czy mają co ludzkiego w sobie?
— Nic. Okrom rozumu. A i ten jest inny, bo zła i dobra nie rozróżnia.
— Jak wyglądają?