Stanowienie nowych praw szło Markowi opornie, jak to stary arcykapłan z góry był przewidział. W jednej chwili wszyscy stanęli przeciw niemu; ze zdumieniem spostrzegł, że wrogowie wyrastają zewsząd, tam nawet, gdzie najmniej się tego spodziewał.

Zaczęło się to zaraz owego pierwszego dnia, kiedy powrócił z zamorskiej wyprawy. Zwołał był wtedy na czas popołudniowy wielkie zgromadzenie ludu do świątyni, na którym zakreślić chciał i wyjawić plan reform zamyślonych. Zebrała się ciżba sroga, ale niepokój w niej był od początku, zgoła odmienny od owego zbożnego oczekiwania, które dawniej poprzedzało każde wystąpienie Zwycięzcy. Niecierpliwiono się owszem i wołano, jakby to on właśnie był przed oblicze ludu wezwany i miał się jawić, aby zdać jakieś rachunki. Gdy wszedł na dawną arcykapłanów kazalnicę, powitał go okrzyk mieszany, wśród którego jednak nieliczne tylko głosy cześć jego obwoływały.

Marek nie zważał na to. Pilno mu było opowiedzieć ludziom, jak przed odejściem na Ziemię chce im życie na Księżycu urządzić. Nakazawszy więc ciszę głosem, gdy ruch ręki nie skutkował, mówić począł, wykazując na wstępie zło istniejące, które usunąć należy. Prawił o krzywdzącej nierówności praw, które jednym nazbyt wiele pozwalają, wiążąc innych na każdym kroku — mówił o niewolnictwie jawnym i gorszym, ukrytym, co sprawia, że większa część ludności w nędzy ciężko pracuje, aby się zwiększała majętność sytych — o kobiecie uciśnionej, o braku oświaty i o władzy, którą zmienić należy, odbierając ją na przyszłość z ręku samowolnych kapłanów, a dając ją ludowi, aby — jak słuszna — sam stanowił o losie swoim, który sam ma znosić.

Słuchano go dosyć spokojnie, z rzadka tylko szemraniem przerywając, gdy jednak chciał przejść do pozytywnej części przemówienia i rozwinąć plan poprawienia istniejących stosunków, ozwał się ktoś niespodziewanie, zapytując o losy zamorskiej wyprawy. Na ten znak wszczął się straszliwy hałas, jak gdyby z góry przygotowany. Wołano tak i krzyczano ustawicznie, że Marek mimo usiłowań nie mógł przyjść do słowa. Co dziwniejsza jednak, że cisza nastąpiła natychmiast, gdy tylko Elem się podniósł, siedzący dotychczas w milczeniu naprzeciw na wyniosłym tronie pod filarami.

Mówił on jakoby w obronie Marka. Na wstępie zwrócił się do ludu z prośbą, aby zechciano słów Zwycięzcy z należną czcią wysłuchać, gdyż niewątpliwie znajdzie się wśród nich wiele rzeczy zbawiennych i pożytecznych. On sam, Elem, mimo że jest z woli ludu (tak powiedział) arcykapłanem rządzącym, nie ośmieliłby się dzisiaj głosu zabierać, gdyby nie był pewny, że przemawiając, trafia w myśl Zwycięzcy, który stanowisko jego uznał bezsprzecznie od początku i uświęcił.

— Zwycięzca — prawił dalej — położył wielkie zasługi i należy mu się wdzięczność. Bo chociaż wojenna wyprawa na południe, mimo nadzwyczajną dzielność wojska jemu podlegającego i szczodrą ofiarność ludu, krwi ani mienia nieszczędzącego, nie powiodła się tak, jak można było oczekiwać, to jednak w każdym razie pewien szmat ziemi zdobyto i, jeżeli tylko szernowie zechcą na przyszłość siedzieć spokojnie, można tam będzie nowe założyć osady.

I teraz występuje Zwycięzca z pewnymi projektami, których warto w każdym razie posłuchać. Wprawdzie ludziom, z księżycowymi stosunkami dobrze obeznanym, zbyt się to wszystko śmiałym i nadzwyczajnym widzi, ale on, Zwycięzca, jest panem, któremu wolno ze szczęściem i dobrem ludu robić próby, choćby najniebezpieczniejsze, jeśli mu się jeno tak spodobało.

Wreszcie zakończył:

— Widzę jednak, że dzisiaj nie jesteście dość skupieni, aby rad i poleceń błogosławionego Zwycięzcy słuchać, przeto nakazuję wam rozejść się teraz do domów, a my wam już czas oznaczymy, kiedy będziecie się mieli znowu pojawić...

Lud z krzykiem i hałasem zaczął się wysypywać ze świątyni.