Przypomniał sobie tego samego Elema tak, jak go był po raz pierwszy zobaczył199: w szarej, mniszej szacie, z ogoloną głową, z płomiennymi oczyma fanatyka, oczekującego z żywymi i trupami pospołu Zwycięzcy w wierze niezłomnej, że przyjdzie... Czy to ten sam człowiek? ten sam?! A inni? a ci wszyscy, którzy oczekiwali? byli spokojni, cisi, wierzący?... Wszakże Malahuda, witając go, mówił: „Zniszczyłeś wszystko, co było — budujże teraz...”. Cóż się stało — !?

Zerwał się z miejsca i porwał w przestrachu nagłym rękoma za głowę. Zobaczył wyraźnie to, co dotychczas chwilami jeno przeczuwał, że przyjście jego na Księżyc zamiast być błogosławieństwem, stało się jakąś klęską straszliwą i niepowetowaną, jakimś wdarciem się gwałtownym w naturalny, powolny rozwój tego świata ludzi bądź co bądź tutaj już zadomowionych. I to właśnie przewróciło wszystko do góry nogami, rozpasało namiętności, ukrytą podłość dosadniej na jaw wydobyło...

Wzruszył ramionami:

— Ha, trudno! tak się widocznie musiało stać.

Ale czuł, że to fatalistyczne zdanie ustami tylko wypowiada na zagłuszenie myśli, która mówi co innego...

A ta myśl...

— Ihezal...

Tak, to imię płacze w nim od dawna, od chwili kiedy pomyślał o powrocie już nieodwołanym...

— O! ptaku, ptaku mój złoty!

Żal jakiś straszliwy zatargał mu wnętrzności, że aż zębami chwycił dłoń ręki, aby nie krzyczeć...