Z zastygłą maską na twarzy, jakby pod przemocą obcej woli rozwarła mechanicznie drżącymi rękoma szatę na piersi.
— Pójdź...
Nagle wyciągnęła ręce przed siebie.
— Nie! nie! Uciekaj ode mnie! — zaczęła wołać stłumionym głosem — zawołaj tu ludzi i idź stąd! Miej litość nade mną! nad sobą! Uciekaj! wracaj na Ziemię!
Chwycił ją za dłoń wyciągniętą.
— Co tobie? dziewczyno!
Szelest dał się słyszeć znowu — Ihezal pobladła, wyraz straszliwego lęku odbił jej się w oczach.
— Pójdź — rzekła bezdźwięcznie — ukryj twarz tutaj, na piersi mojej, pochyl się... Ciało moje pachnie i piękne jest — jak śmierć...
W tej chwili otworzyły się boczne drzwi; kilku ludzi wsunęło się nieśmiało do świątyni. Ihezal, spostrzegłszy ich, wydała okrzyk przerażenia i radości na poły — i rzuciła się szybko do ucieczki. Marek niechętną twarzą zwrócił się ku przybyłym. Ale oni pokornie zbliżyli się ku niemu i pochylili głowy, witając go:
— Pozdrowiony bądź, mistrzu!