— Panie! Zwycięzco! miej miłosierdzie ze mną! Nie wydaj mnie ty przed nimi, bo żywcem mnie w ziemi zakopią! Ja wiem, że słusznie prawo tak nakazuje, ale ja jestem niewinna!
Padła na twarz, wstrząsana rozpaczliwym łkaniem. Nie mogła już mówić, mamrotała tylko i mełła między szczękającymi zębami słowa jakieś niezrozumiałe a błagalne.
Marek się zerwał. Potwornie straszna a nieprawdopodobna myśl uderzyła go obuchem w głowę. Chwycił płaczącą kobietę za ramiona i postawił przed sobą na ziemi. Zamilkła nagle i patrzyła na niego osłupiałymi oczyma, czekając snadź42 śmierci.
— Jak się nazywasz? — rzekł po chwili dziwnie nieswoim głosem.
— Nechem...
— I ten... morzec? ten, którego zabito?...
— Tak, panie, tak, to mój syn! Ale ja niewinna!
Usiłowała ustami dotknąć dłoni jego. Ale on szarpnął ją i krzyknął:
— Twój syn i... czyj?
Kobieta zaczęła znowu trząść się cała.