— Malahuda! Malahuda! — krzyczano zewsząd, wołając go.

On jednak nie drgnął nawet. Patrzył przed się spokojnie spod siwych, krzaczastych brwi i jeno46 w miarę jak krzyki stawały się coraz natarczywsze, łącząc się z wyzwiskami, w jego stronę rzucanymi, uśmiech coraz wynioślejszy i bardziej ironiczny drgał na jego zaciśniętych wargach.

— Malahuda! zejdź i pokłoń się Zwycięzcy, którego wiodę oto ludowi!

Elem stał przed nim, w purpurowej szacie od wczoraj przywdzianej — i niemal rozkazującym ruchem ręki wskazywał plac mrowiem ludzi zaległy.

— Przystoi mi miano Jego Wysokości — odparł starzec — jestem arcykapłanem, rządzącym wszystkim ludem księżycowym!

Czarne oczy zakonnika zapłonęły nagle porywczym gniewem.

— Nie jesteś niczym! — zakrzyknął — jeden Zwycięzca dziś włada i ci, którzy jemu służą!

— Dopóki nie złożę swej władzy, jestem, czym byłem... — rzekł Malahuda spokojnie — i nim twój Zwycięzca wejdzie na stopnie świątyni, mogę cię kazać okuć i wrzucić do lochu razem z Braćmi, którzy zakon swój złamali, opuszczając bez mego pozwolenia Kraj Biegunowy.

Twarz Elema poczerwieniała, a na skroniach wystąpiły mu sine żyły.

— Ja niczyjego pozwolenia nie potrzebuję — mówił, dusząc się od wściekłości — i nie słucham nikogo, nie tak, jak ty, sługo i pachołku szernów!