— Teraz? — zapytał Marek, zdumiony tą całą sceną.

— Teraz — dokończyła, drżący głos mimowolnie zniżając — teraz ty jeden panem moim jesteś, Zwycięzco, z dalekiej gwiazdy przybyły, którego imię niech będzie błogosławione po wszystkie wieki wieków!

Mówiąc to, osunęła się na kolana i przypadła czołem do jego stóp, zsypując na nie pochyleniem głowy płynne i jaśniejące złoto swych włosów.

Tymczasem koło nich szmery jakieś rosły, aż wybuchły nagle burzą zgiełkliwych głosów. Marek, który chciał był59 właśnie odpowiedzieć klęczącej przed nim dziewczynie, wzniósł głowę i pojrzał60 dokoła pytającym wzrokiem, nie mogąc ze zmieszanych słów i wykrzyków61 dobrze wyrozumieć, o co idzie.

— Panie! — ozwał się Elem — lud żąda śmierci Ihezal, wnuczki Malahudy...

Marek uczuł, jak dziewczyna w nagłym lęku przylgnęła piersią do jego kolan.

— Co? — rzekł — co? Czym zawiniła?

Nikt nie odpowiadał. Nagła cisza zapadła, a wszystkie twarze posępne i milczące patrzyły z bezlitosnym wyrokiem w oczach na złotowłosą dziewczynę. Marek spojrzał na Jereta, który — sam byłego arcykapłana krewny — mienił się być przed chwilą jej narzeczonym. Młody wojownik brwi miał zmarszczone i kąsał usta, nie odzywał się jednak ani słowem protestu.

— Musi umrzeć — wyrzekł wreszcie Elem.

— Musi umrzeć! — krzyknięto naraz ze wszystkich stron.