Mówiąc to, zacierał ręce z zadowoleniem i śmiał się chytrze, patrząc w oczy Markowi.
— A przy tym — rzekł po chwili — te krótkie tamtejsze dni i noce nie mogą sprzyjać rozwojowi życia; roślinność, nim by miała czas w słońcu się rozwinąć, już by ginąć musiała w nocnym cieniu... Zresztą — czy pan wie, co znaczą te białe plamy pokrywające przez kilka dni naszych niektóre okolice Ziemi? czy pan wie?
— Chcę pańskie zdanie usłyszeć — rzekł Marek.
— To śnieg! — wykrzyknął Roda tryumfalnie — śnieg, świadczący, że trwa tam zima i we dnie także, a przez czas tak długi, iż żadne żywe stworzenie znieść by tego nie zdołało!
— Prawie zaczynam wierzyć, że Ziemia jest niezamieszkana... Dziwno mi jeno wobec tego, skąd ja przybyłem doprawdy!
Roda przypatrzył się uważnie Markowi.
— Więc mimo wszystko nie chcesz się pan przyznać?... Dobrze. Mógłbym przytoczyć jeszcze mnóstwo dowodów, że na Ziemi ludzie nie żyją ani żyć nie mogą, ale to, jak widzę, nie wiedzie do celu. Opowiem więc panu wprost, skąd przyszedł ów „Stary Człowiek” i skąd pan przychodzisz...
— Czekam na to.
Roda z obszernej teki, którą miał przy sobie, wyciągnął mapę i rozłożył ją przed oczyma Marka.
— Patrz pan!