— Czekam pańskiej odpowiedzi.
— Mój panie Roda — odezwał się teraz Marek — mogę panu przyrzec uroczyście, że bajek ludowi prawić nie będę, ale niemniej stanowczo oświadczam panu, że nie przestanę mu przypominać, iż z Ziemi przybyli tutaj jego przodkowie i tam, na niebie, jest jego prawdziwa ojczyzna. To wznieść was tylko może i uszlachetnić...
Roda zwrócił się bez słowa ku wyjściu.
— Czekaj pan jeszcze — zawołał Marek za nim. — Żądałeś pan także, aby wam wskazać drogę do kraju, skąd przybywam, i tam was zawieść. Wszystkich, gdy powracać będę, wziąć z sobą nie mogę, ale w wozie moim na sześcioro ludzi waszej wagi jest miejsce... Czy zechcesz pan odbyć ze mną podróż na Ziemię i przekonać się naocznie, że jest zamieszkana?
Roda zatrzymał się, słuchając z uwagą słów Marka.
Przebiegły uśmiech igrał mu około ust.
— Aha! słusznie. Chcesz mnie pan zabrać raczej ze sobą, aby tutaj po pańskim odejściu nikt już nie osłabiał wiary w ziemską bajkę, aby tu zgasło zarzewie...
Przerwał i zamyślił się.
— Więc jak pan tutaj przybyłeś? — zapytał po chwili z nagła.
Marek zakreślił szeroki ruch ręką.