— Właśnie o Ihezal chciałem mówić — rzekł, jakby na głośno wypowiedziane zdanie odpowiadając.

Młody wojownik żachnął się mimo woli.

— Nie ma powodu, panie, abyśmy mówili o tym, co jest w najzupełniejszym porządku.

— Czy tak?

— Tak, Zwycięzco. Ihezal służy ci, jak ci służę i ja, jak wszyscy na Księżycu służyć powinni...

— A jednak masz do mnie żal z tego powodu. Zdaje ci się, że ja ci ją zabrałem.

— Czego żądasz ode mnie, panie?

Pytanie to rzucił tak po prostu i z nagła, że Marek nie znalazł na nie odpowiedzi. Istotnie: czego żądał, czego chciał od tego chłopaka, któremu, choć mimo woli i wiedzy, bądź co bądź zabrał jedyne ukochanie? Odczuł, że śmieszny jest z tą chęcią zawiązania przyjaznych stosunków z pokrzywdzonym człowiekiem — i złość go ogarnęła na myśl, że się przez to w oczach jego poniża. Ściągnął brwi i chciał już rzucić jakiś rozkaz władczy, krótki i nieodwołalny, który by przeciął ten nastrój fałszywy, oznaczając właściwe obu stanowisko, ale Jeret tymczasem odezwał się głosem dziwnie zmienionym, jakiego on, Zwycięzca, z dawien u niego nie słyszał:

— A żal...? Mógłbym mieć żal jedynie do tego losu i porządku rzeczy, iż dwom panom służyć nie można i kto świętości odda duszę, jest dla życia stracony.

Umilkł — i po chwili dopiero dodał: