A w niedzielę z ambony swoje oburzenie wykrzyczał:
— Co za bezmyślne barbarzyństwo w mojej parafii! Nie myślałem, że tego kiedyś dożyję! Kto też mógł takie bezeceństwo uczynić, żeby obrus na ołtarzu bez żadnego sensu i celu pociąć!
Siedzi matka Zosi cicho w ławce i ze strachu truchleje. Co to będzie teraz?
Ale mijają tygodnie i miesiące, a Zosia całkiem zdrowa. Nic jej nie dolega, straszna choroba gdzieś odeszła, za lasy i góry, jak to powiadają.
Ksiądz proboszcz, jak to ksiądz proboszcz, z początku pełen gniewu, potem jeszcze się pozłościł, a w końcu o obrusie zapomniał. Ale sumienie matki nie zapomniało, gryzło ją i gryzło, spać nocą nie dało. A dniami chrobotało jej po głowie, jak jakaś mysz niespokojna — wiecie sami, jak to bywa.
Zebrała się w końcu matka na odwagę i poszła do księdza proboszcza, żeby mu swój postępek wyznać.
— To ja, proszę księdza, obrus na ołtarzu zniszczyłam... — zwierza się i opowiada całą swoją historię.
Słucha ksiądz, słucha, a w końcu pyta:
— Ale czy choć dziewczynka zdrowa jest?
— Tak, proszę księdza, już pół roku będzie, jak zdrowiutka.