I poszedł Jasiek, kawał czasu go nie było, ale wrócił z niczym.

— Oj, baco, mówią, że u nich tak samo zlewa straszna była i że im ogień zalało.

— Ha, mówi baca. — To może byś ty, Kuba, poleciał na Skupniów Upłaz, tam baca z owcami siedzi, może on ma ogień, to ci da.

— Ano, dobrze — mówi młodszy juhas — to idę.

Czekamy więc na Kubę, nie ma go i nie ma. Południe już mija, gdy zjawia się w końcu Kuba, ale też z niczym przyszedł.

— Nie mają ognia i na Upłazie. Cały szałas im zalało. Co to robić?

— Baco, to może ja pójdę? — zapytałem. — Bo coś mi się widzi, że trzeba zejść do Kościeliskiej, do leśniczówki, tam przecie muszą mieć ogień.

— Ale już wieczór idzie i żebyś mi tylko nie zbłądził! Jakbyś się zapóźnił, to w leśniczówce przenocuj i jutro świtem wracaj, po nocy się nie wałęsaj.

— E, baco, ja nie zabłądzę, znam drogę na pamięć.

— No, to idź — baca mówi.