— E, pomyślał zaraz — to tylko sowa z dziupli woła — nie ma strachu.
Idzie dalej, ale jakoś mu nieswojo. Przy drodze w zaroślach coś co chwila szeleści, jakby ktoś się tam skradał czy czaił.
— Ech, strachy na Lachy — mówi do siebie — pewnie to jakiś lis czy borsuk przez krzaki się przeciska, nic mi przecie nie zrobi...
Lecz nie wiedział gospodarz o tym, że to podstępny kupiec złodziei na niego namówił, żeby go z zarobionych pieniędzy okradli. I jeszcze na targu fałszywych kupców udawali, niby, że chcą konia kupić, a w końcu wcale nie kupowali, więc cały dzień zmitrężył i po ciemku musiał wracać, a oni już w lesie na niego czatowali.
Jak się rzekło, nie wiedział gospodarz o niczym, tylko niepokój czuł jakiś dziwny, więc dla uspokojenia ducha pacierze zaczął odmawiać. Modlił się za siebie, za rodziców swoich, za dziadków i pradziadków i tak jakoś droga mu zeszła.
Już do krańca lasu się zbliżał, już jasne światło księżyca widział, z nadzieją przed siebie spojrzał, ale nie! Nie ma nadziei żadnej! Czterech chłopa drogę mu zastąpiło, w rękach kije potężne, a pewnie i noże gdzie schowane...
— Dawaj pieniądze, albo zginiesz! — wołają z daleka.
Spróbował gospodarz rzucić się w jakąś boczną ścieżkę, żeby złodziejom umknąć, ale nic z tego! On tylko jeden, a ich czterech, i to takich zbójowatych, że aż strach w oczy spojrzeć.
Okrążyli gospodarza i zdaje się, że już ratunku nie będzie.
— Oj, marnie — pomyślał sobie i duszę Bogu polecił.