Obaj skoczyli następnie na konie i pozostawili naszego zdziwionego przyjaciela jego własnym rozmyślaniom.
Ostatnie słowa Jarna brzmiały mu jeszcze w uszach. Nieznośnie mu to było słyszeć, że ta para istot ludzkich, która bez niczyjej krzywdy pozyskała jego skłonność, tak nisko ceniona była przez człowieka, którego tak bardzo poważał. Dziwny uścisk oficera, którego nie znał, zrobił na nim małe wrażenie; zaledwie na chwilę zajął jego ciekawość i wyobraźnię; ale słowa Jarna dotknęły jego serce, głęboko był zraniony; toteż wracając, wybuchnął na siebie wyrzutami, że mógł się na chwilę nie poznać i zapomnieć o odstręczającym chłodzie Jarna, który wygląda mu z oczu i wyraża się we wszystkich gestach.
— Nie! — zawołał — wyobrażasz tylko sobie, ty wystygły światowcze, że możesz być przyjacielem! Wszystko, co zdołasz mi zaofiarować, nie jest warte tego uczucia, jakie mnie wiąże z tymi nieszczęśliwymi. Co za szczęście, że jeszcze zawczasu odkrywam, czego mogłem od ciebie oczekiwać!
Mignon, która wyszła na jego spotkanie, objął ramionami i zawołał:
— Nie, nic nas nie rozdzieli, małe, dobre stworzenie! Pozorna mądrość świata nie wymusi na mnie, bym cię opuścił lub zapomniał, co ci jestem winien.
Dziecko, którego gwałtowne pieszczoty dawniej zwykł odsuwać, ucieszyło się tym niespodzianym objawem czułości i tak silnie silnie się do niego przytuliło, że ledwie z trudem mógł się w końcu oswobodzić.
Od tego czasu zwracał większą uwagę na postępki Jarna, które nie wszystkie wydały mu się godne pochwały; przeciwnie, zdarzało się niejedno, co mu się zgoła nie podobało. I tak na przykład powziął silne podejrzenie, że wiersz na barona, który biedny pedant tak drogo przypłacił, był robotą Jarna. A że ten wobec Wilhelma kpił sobie z wypadku, nasz przyjaciel widział w tym oznakę nader zepsutego serca, bo cóż mogło być złośliwszego niż drwić z niewinnego, którego cierpienia się spowodowało, i nie myśleć ani o zadośćuczynieniu, ani o wynagrodzeniu. Wilhelm chętnie sam by to załatwił, gdyż wskutek bardzo dziwnego przypadku wpadł na ślad sprawców owego nocnego przestępstwa.
Dotychczas potrafiono ukrywać przed nim, że w dolnej sali starego zamku kilku młodych oficerów przepędzało całe noce na wesołej zabawie z niektórymi aktorami i aktorkami. Pewnego poranku, wstawszy rano według zwyczaju, przypadkiem zaszedł do owego pokoju i zastał młodych panów, zabierających się do bardzo dziwnego czyszczenia swoich ubrań. Nawrzucali do misy z wodą utartej kredy, szczotką przenosili rozczyn na swoje kamizelki i spodnie, nie zdejmując ich, i tym sposobem bardzo prędko przywracali czystość swojej garderobie. Przyjacielowi naszemu, dziwiącemu się temu środkowi, przyszedł na myśl biało okurzony i poplamiony surdut pedanta; podejrzenie wzmogło się, gdy się dowiedział, że w tym towarzystwie znajdowało się kółko krewnych barona.
Aby to podejrzenie jeszcze sprawdzić, starał się tych paniczów zająć małym śniadankiem. Byli bardzo ożywieni i opowiadali wiele wesołych anegdot. Zwłaszcza jeden, który przez pewien czas był przy werbunku, nie mógł się nachwalić przebiegłości i zabiegliwości swego pułkownika, który potrafił do siebie przyciągać wszelkiego rodzaju ludzi i każdego po swojemu wywieść w pole. Opowiadał szczegółowo, jak młodzież z dobrych domów, o starannym wychowaniu, szła na lep różnorodnych obiecanek co do przyzwoitego pomieszczenia i serdecznie śmiał się z tych dudków81, którym w początku tak bardzo pochlebiało, gdy im jakiś poważny, dzielny, roztropny i hojny oficer wyrażał szacunek i przyrzekał wywyższenie.
Jakże błogosławił Wilhelm swego ducha opiekuńczego, który niespodzianie ukazał mu przepaść, do skraju której bez własnej się winy zbliżył. W Jarnie widział już tylko po prostu werbownika; uścisk nieznajomego oficera łatwo sobie teraz tłumaczył. Zbrzydził sobie nastrój tych ludzi i od tej chwili unikał zetknięcia z każdym, kto nosił mundur, toteż bardzo by miła mu była wiadomość, że wojsko rusza dalej, gdyby nie równoczesna obawa, że ma być wygnany, może na zawsze, z pobliża swojej pięknej przyjaciółki.