Wilhelm, chociaż osłabł z powodu znacznej utraty krwi, a po ukazaniu się owego anioła pomocy stał się łagodny i cichy, nie mógł dłużej powstrzymywać swego oburzenia na ostrą, a niesprawiedliwą gadaninę, którą, wobec jego milczenia, niezadowolone towarzystwo ciągle wznawiało. Poczuł się na tyle wzmocniony, by się podnieść i przedstawić im niegodziwość, z jaką niepokoili swego przyjaciela i dowódcę. Podniósł zawiązaną głowę do góry i podpierając się z trudnością, oparty o ścianę, tak zaczął mówić:

— Tłumaczę sobie bólem, jakiego każdy doznaje z powodu swej straty, że mnie obrażacie w chwili, kiedy byście mnie żałować powinni, że stajecie przeciwko mnie i odpychacie mnie po raz pierwszy, kiedy mógłbym od was oczekiwać pomocy. Za usługi, jakie wam okazałem, za uprzejmości, jakie wam świadczyłem, czułem się dotychczas dostatecznie wynagrodzony waszą wdzięcznością, waszym przyjaznym postępowaniem; nie pobudzajcie mnie, nie zmuszajcie mego serca, żebym się cofnął myślą i przypomniał sobie, com dla was zrobił; taki obrachunek stałby się dla mnie zbyt bolesny. Przypadek sprowadził mnie do was, okoliczności i tajemna skłonność zatrzymały mnie przy was. Brałem udział w waszych pracach, w waszych zabawach; moje szczupłe wiadomości były na wasze usługi. Teraz w przykry sposób składacie na mnie winę za niedolę, jaka nas spotkała... ależ przypomnijcie sobie, że pierwsza myśl obrania tej drogi przyszła od obcych ludzi, była przez was wszystkich roztrząsana i zarówno przez każdego z was, jak i przeze mnie została uznana za dobrą. Gdyby podróż nasza odbyła się szczęśliwie, to każdy by się chwalił z dobrego pomysłu, iż tę drogę doradził, iż ją wybrał spośród innych; z przyjemnością przypominałby sobie nasze narady i prawo głosowania, z którego korzystał; teraz mnie samego tylko robicie odpowiedzialnym, zrzucacie na mnie winę, którą bym chętnie wziął na siebie, gdyby mnie od niej nie uwalniała najwyraźniejsza świadomość, ba, gdybym się nie mógł na was samych powołać. Jeżeli macie coś przeciw mnie do powiedzenia, to wyłóżcie rzecz porządnie, a ja potrafię się obronić; jeżeli zaś nie możecie przytoczyć nic dowodnego, to milczcie i nie dręczcie mnie, zwłaszcza teraz, gdy tak bardzo potrzebuję spokoju.

Zamiast odpowiedzi dziewczęta zaczęły znowu płakać i szczegółowo opowiadać o swej stracie. Melina był całkiem zbity z pantałyku, bo niewątpliwie postradał bardzo dużo, więcej, niż można by myśleć. Jak szalony miotał się po ciasnym pomieszczeniu, bił głową o ścianę, klął i łajał najnieprzyzwoiciej; a ponieważ właśnie nadeszła z pokoju gospodyni, donosząc, że jego żona urodziła martwe dziecko, pozwolił sobie na najgwałtowniejsze wybuchy, a jednogłośnie z nim płakali, krzyczeli, warczeli i hałasowali wszyscy, jeden przez drugiego.

Wilhelm, którego aż do głębi wzburzało zarówno współczucie dla ich stanu, jak i wstręt do ich pospolitego sposobu myślenia, pomimo osłabienia ciała czuł w sobie całą żywotność potęgi swej duszy.

— Prawie muszę wami pogardzać — zawołał — jakkolwiek godni jesteście politowania. Żadne nieszczęście nie upoważnia was do obarczania niewinnego zarzutami; jeżeli zawiniłem w swojej części co do tego kroku, to cierpię za tę swoją część. Leżę tu ranny, a jeżeli towarzystwo straciło, to ja tracę najwięcej. Co zrabowano z garderoby, co przepadło z dekoracji, było moje, gdyż pan, panie Melina, jeszcze mi nie zapłaciłeś, a ja teraz zwalniam pana całkowicie z tego zobowiązania.

— Łatwo panu darować, czego nikt już nie odzyska — zawołał Melina. — Pańskie pieniądze leżały w kufrze moich kobiet, a pan winieneś, że one przepadły. Ale, och, gdyby to było wszystko!

Zaczął znów tupać, kląć i krzyczeć. Każdy przypominał sobie piękne ubrania z garderoby hrabiego, sprzączki, zegarki, tabakierki, kapelusze, które Melina tak szczęśliwie wytargował od kamerdynera. Każdemu przyszły też znowu na pamięć jego własne, chociaż o wiele szczuplejsze, skarby; z przykrością patrzono na kufer Filiny; dawano do zrozumienia Wilhelmowi, że doprawdy wcale nieźle zrobił, przyłączając się do tej piękności za pośrednictwem jej szczęścia ocalając swe mienie.

— Czyż sądzicie — zawołał on wreszcie — że będę mieć coś tylko dla siebie, dopóki wy cierpicie niedostatek, i czyż to po raz pierwszy dzielę się z wami uczciwie w potrzebie? Otwórzmy kufer, a co jest mojego, złożę na rzecz wszystkich.

— To mój kufer — rzekła Filina — i nie prędzej go otworzę, aż mi się będzie podobało. Tych kilka błyskotek, które dla pana schowałam, niewiele przyniesie, chociażby się je sprzedało najuczciwszemu Żydowi. Myśl pan o sobie, ile będzie kosztowało leczenie, co cię może spotkać w obcym kraju.

— Nie odmówisz mi, Filino, tego, co moje, a i ta odrobina poratuje nas w pierwszej kłopotliwej chwili. A wszak człowiek posiada coś jeszcze, czym może dopomóc swoim przyjaciołom, a co niekoniecznie musi być brzęczącą monetą. Wszystko, co jest we mnie, pójdzie na ofiarę dla tych nieszczęśliwych, którzy z pewnością, opamiętawszy się, żałować będą obecnego postępowania. Tak jest — mówił dalej — czuję, że jesteście w potrzebie, zrobię dla was wszystko, co będę mógł; obdarzcie mnie znowu swoim zaufaniem, uspokójcie się na chwilę, przyjmijcie, co wam obiecuję. Kto chce w imieniu wszystkich otrzymać ode mnie przyrzeczenie?