— Jeżeli tak gorąco pan na to nastajesz — odrzekła stara — możemy pana zadowolić. Ale opowiedz nam pan pierwej, jak zamiłowanie pańskie do widowisk z wolna wzrastało, jak się pan kształciłeś, jak pan tak szczęśliwe zrobiłeś postępy, że teraz możesz uchodzić za dobrego aktora? Nie brakło pewnie panu przy tym wesołych zdarzeń. Nie warto się już obecnie kłaść do snu; mam jeszcze jedną butelkę w zapasie, a kto wie, czy rychło znowu będziemy mogli siedzieć razem tak spokojni i tak zadowoleni?

Marianna powiodła po starej smutnym wzrokiem, którego Wilhelm nie spostrzegł, i prowadził dalej swoje opowiadanie.

Rozdział siódmy

— Ponieważ moje towarzystwo zaczynało się zwiększać, rozrywki młodości mąciły samotną spokojną rozkosz. Byłem na przemian to myśliwym, to żołnierzem, to jeźdźcem, jak wymagała potrzeba naszych zabaw; miałem jednakże i w tym pewną wyższość nad innymi, że potrafiłem zgrabnie obrabiać potrzebne im narzędzia. I tak: miecze pochodziły zazwyczaj z mojej fabryki; zdobiłem i złociłem sanki, a jakiś tajemny popęd nie pozwolił mi spocząć, póki naszego wojska nie przetworzyłem w stylu starożytnym. Porobiło się hełmy upiększone papierowymi kitami, przygotowało się tarcze, a nawet pancerze, a przy tych robotach służący, krawcy i szwaczki, złamali niejedną igłę.

Jedną część moich młodych towarzyszy widziałem już dobrze uzbrojoną, inni powoli, choć w mniejszej mierze byli również ustrojeni; i powstało wcale wspaniałe wojsko. Maszerowaliśmy po podwórzach i ogrodach, biliśmy się dzielnie na tarcze i głowy; zdarzało się nieraz nieporozumienie, ale się niebawem załagadzało.

I ta zabawa, która innym dzieciom wielce się podobała, po kilku powtórzeniach już mnie wcale nie zadowalała. Widok tylu uzbrojonych postaci musiał z konieczności podrażnić we mnie wyobrażenia rycerskie, które wypełniały mi głowę od czasu, gdym wpadł na czytanie starych romansów.

Jerozolima wyzwolona37, której tłumaczenie przez Koppena wpadło mi w ręce, nadała wreszcie pewien określony kierunek moim błąkającym się myślom. Nie mogłem wprawdzie przeczytać poematu w całości, ale były ustępy, których się wyuczyłem na pamięć, których obrazy ciągle mi się nawijały. Szczególniej pociągała mnie Klorynda całym swoim zachowaniem się. Połączenie męskości z kobiecością, spokojna pełnia jej życia zrobiły większe wrażenie na umyśle, który się zaczynał rozwijać niż afektowane uroki Armidy, chociaż wcale nie pogardzałem jej ogrodem.

Ale kiedy wieczorem, przechadzając się po ganku ciągnącym się u szczytu domu, rozglądałem się po okolicy i kiedy od nachylonego ku poziomowi słońca rozpościerał się drżący blask na widnokręgu, występowały gwiazdy, noc wynurzała się ze wszystkich zakątków i głębin i wśród uroczystej ciszy przebijał się dźwięczny śpiew świerszczy, wypowiadałem setki razy dla siebie samego dzieje smutnego pojedynku między Tankredem i Kloryndą.

Jakkolwiek byłem oczywiście po stronie chrześcijan, sprzyjałem przecież całym sercem pogańskiej bohaterce, kiedy podjęła się zapalić wielką wieżę oblegających. A cóż dopiero, gdy Tankred spotyka w nocy mniemanego rycerza, wśród mrocznej osłony rozpoczyna spór i gdy z sobą potężnie walczą! Nigdy nie mogłem wymówić słów:

Życia Kloryndy nić już, już się zwija