Podniosła chłopca, który wydawał się zadowolony, że może z nią iść, i zabrała go.

Ledwie dziecko znikło, Aurelia zaczęła gorzko płakać.

— Umiem tylko narzekać i skarżyć się — zawołała — i wstyd mi leżeć tu przed panem jak jakiś robak. Przytomność mnie już odbiegła i nie mogę dalej opowiadać.

Zatrzymała się i milczała. Jej przyjaciel, który nie chciał prawić zwykłych ogólników, a nie umiał powiedzieć nic konkretnego, uścisnął jej rękę i przez chwilę przyglądał się jej. W końcu, zakłopotany, podniósł książkę, którą znalazł leżącą przed sobą na stoliku; były to dzieła Szekspira, otwarte na Hamlecie.

Serlo, który właśnie wszedł do pokoju, zapytawszy siostrę o zdrowie, spojrzał na książkę, którą nasz przyjaciel trzymał w ręce, i zawołał:

— Znowu zastaję pana nad pańskim Hamletem? Doskonale! Naszły mnie właśnie pewne wątpliwości, które zdają się bardzo uszczuplać to kanoniczne poważanie, jakie wielce byś pan pragnął przyznać tej sztuce. Sami przecież Anglicy wyznali, że główny interes kończy się na trzecim akcie, że dwa ostatnie tylko z biedą łączą się z całością; i to prawda, że pod koniec sztuka ani idzie, ani pomyka.

— Bardzo możliwe — odparł Wilhelm — że niektórzy członkowie narodu, który może się wykazać tyloma arcydziełami, wskutek uprzedzeń i ograniczoności skłaniają się do fałszywych sądów, ale to nie powinno nam przeszkadzać patrzeć własnymi oczyma i być sprawiedliwymi. Daleki jestem od tego, żebym miał ganić plan tej sztuki; przeciwnie, sądzę, że większego jeszcze nie wymyślono, ba, nie jest on wymyślony, on stał się.

— Jak to pan zechcesz wytłumaczyć? — zapytał Serlo.

— Niczego nie chcę tłumaczyć — odparł Wilhelm — przedstawię tylko panu, jak to sobie wyobrażam.

Aurelia uniosła się na poduszce, oparła się na ręce i patrzyła na naszego przyjaciela, który z największą pewnością, iż ma rację, tak mówił dalej: