— Bo zazwyczaj — powiedział — nie ma nic zabawniejszego, niż kiedy aktorzy mówią o studiowaniu; to mi tak wygląda, jak kiedy wolnomularze112 mówią o pracy.

Próba odbyła się według życzenia i można powiedzieć, że sława i dobre przyjęcie towarzystwa ugruntowały się na tych kilku dobrze zużytych godzinach.

— Dobrześ pan zrobił, mój przyjacielu — rzekł Serlo, gdy znów zostali sami — przemawiając tak poważnie do naszych współpracowników, chociaż obawiam się, że chyba nie spełnią pańskich życzeń.

— Dlaczego? — zapytał Wilhelm.

— Zauważyłem — odparł Serlo — że choć łatwo jest wprawić w ruch wyobraźnię ludzi, choć chętnie słuchają baśni, to rzadko się zdarza znaleźć wśród nich pewien rodzaj wyobraźni produktywnej. Wśród aktorów rzuca się to w oczy. Każdy jest wielce zadowolony, gdy bierze piękną, godną pochwały, błyskotliwą rolę, lecz rzadko kto robi coś więcej niż postawienie się z zadowoleniem na miejscu bohatera, przy czym wcale nie troszczy się o to, czy też go ktokolwiek za niego weźmie. Pojmować jednak żywo, co sobie autor w sztuce zamierzył, co trzeba odjąć ze swej indywidualności, aby uczynić zadość roli, jakim sposobem za pośrednictwem własnego przeświadczenia, że się jest całkiem innym człowiekiem, można pozyskać także widza dla takiego przeświadczenia, jakim sposobem wewnętrzną prawdą potęgi przedstawienia przemienić te deski w świątynie, a te tektury w lasy — to niewielu jest dane. O tej wewnętrznej sile ducha, przez którą jedynie widz bywa omamiony, o tej kłamanej prawdzie, która sama tylko wywołuje efekt, przez którą wyłącznie osiąga się złudę, o tym wszystkim któż ma pojęcie?

— Ależ nie nastawaj pan zbytecznie na wnikanie w ducha i wrażenie! Najbezpieczniejszym środkiem jest, jeśli naszym przyjaciołom z początku wyjaśnimy spokojnie znaczenie litery i otworzymy im rozum. Kto ma zdolności, podąży potem sam ku pomysłowemu i pełnemu uczucia wyrażeniu; a kto ich nie ma, nigdy przynajmniej nie zagra i nie zadeklamuje całkiem fałszywie. Co do mnie, zarówno u aktorów, jak i w ogóle, nie znam szkodliwszej zarozumiałości nad tę, kiedy ktoś rości sobie pretensje do ducha, zanim litera stała się dla niego zupełnie wyraźna i zrozumiała.

Rozdział ósmy

Wilhelm przyszedł na pierwszą próbę teatralną bardzo wcześnie i znalazł się na deskach sam. Miejsce to zadziwiło go i przywołało najcudniejsze wspomnienia. Dekoracja leśna i wiejska stała tu zupełnie tak, jak na scenie jego miasta rodzinnego, i to właśnie również na próbie, kiedy w tamten dzień Marianna wyznała mu swą gorącą miłość i przyrzekła mu pierwszą szczęśliwą noc. Chaty wieśniaków podobne były do siebie w teatrze tak samo jak na wsi; prawdziwe poranne słońce, wpadając poprzez na pół otwartą okiennicę, oświetlało część ławki, która była słabo przymocowana przy drzwiach; tylko niestety, nie świeciło tak jak wówczas na łonie i piersiach Marianny. Usiadł, zamyślił się nad tą dziwną zgodnością i jakby miał przeczucie, że może w tym miejscu ujrzy ją niebawem znowu. Ach, a to było tylko po prostu sztuczką końcową, do której należały te dekoracje, dawaną wówczas bardzo często w teatrze niemieckim...

Rozmyślania przerwali mu inni nadchodzący aktorzy, z którymi zjawili się razem dwaj przyjaciele teatru i garderoby i z zapałem powitali Wilhelma. Jeden z nich był niejako przybocznym pani Melina; drugi zaś zupełnie szczerym miłośnikiem sztuki aktorskiej, a obaj w tym rodzaju przyjaciół, jakich sobie może życzyć każde dobre towarzystwo. Trudno było powiedzieć, czy teatr bardziej znali, czy lubili. Lubili go zanadto, ażeby go znać dobrze; znali go dosyć, aby dobro cenić, a zło potępiać. Jednak wobec ich zamiłowania mierność nie była dla nich rzeczą nieznośną, a wspaniała rozkosz, z jaką nasycali się dobrem przed przedstawieniem i po nim, nie da się wyrazić słowami. Strona mechaniczna sprawiała im radość, duchowa ich zachwycała, a ich zamiłowanie tak było wielkie, że nawet pokawałkowana próba wprawiała ich w pewien rodzaj złudzenia. Braki, zdawało się, umykały wciąż w dal przed nimi, a dobre rzeczy dotykały ich jak przedmiot rzeczywisty. Jednym słowem byli miłośnikami, jakich życzy sobie artysta w swoim zawodzie. Najmilsza ich wędrówka prowadziła z kulis na parter, z parteru do kulis; najprzyjemniejszym miejscem pobytu była garderoba, najpilniejszym zajęciem poprawianie czegoś w postawie, ubraniu, wygłaszaniu i deklamacji aktorów, najżywszą ich rozmową — o sprawionym efekcie, a najustawiczniejszym usiłowaniem — żeby aktor wciąż był uważny, czynny i skrupulatny, żeby mu zrobić coś dobrego lub miłego i sprawić towarzystwu tę i ową przyjemnostkę bez marnotrawstwa. Oni dwaj wyjednali dla siebie wyłączne prawo ukazywania się na scenie na próbach i przedstawieniach. Co do wystawienia Hamleta, nie we wszystkich punktach zgadzali się z Wilhelmem; tu i ówdzie ustępował im, przeważnie jednak utrzymywał się przy swym zdaniu, a w ogólności rozmowy te wielce się przyczyniły do wykształcenia jego smaku. Dał poznać obu przyjaciołom, jak wielce ich ceni; oni natomiast przepowiadali z tych połączonych usiłowań ni mniej, ni więcej, jak nową epokę dla teatru niemieckiego.

Obecność tych obu panów na próbach była bardzo użyteczna. Mianowicie przekonali naszych aktorów, że na próbie trzeba ustawicznie łączyć postawę i akcję z mową i wszystko przez przyzwyczajenie jednoczyć mechanicznie tak, jak się to zamierza pokazać na przedstawieniu. Zwłaszcza nie należy na próbie tragedii robić rękami byle jakich ruchów; aktor tragiczny, który na próbie zażywa tabakę, zawsze przejmuje niepokojem; gdyż najprawdopodobniej na przedstawieniu w odpowiednim miejscu brak mu będzie tego niucha. Ba, utrzymywali oni, że nigdy nie należy robić próby w butach, jeżeli rolę trzeba grać w trzewikach. Nic jednak, wedle ich zapewnienia, bardziej ich nie bolało, jak to, kiedy kobiety na próbach chowały ręce w fałdy sukien.