— Patrzcie no, nadchodzi!
Odwrócił się gwałtownie, a szlachetna wysoka postać, cichy, niedosłyszany chód, lekkie ruchy w zbroi, która wydawała się ciężka, zrobiły na nim tak silne wrażenie, że stanął jak skamieniały i mógł ledwie półgłosem zawołać:
— O, wy aniołowie i duchy niebieskie, brońcie nas!
Nie odrywał oczu od ducha, odetchnął kilkakrotnie, a swą przemowę wypowiedział w sposób tak zawikłany, poszarpany i wymuszony, że największa nawet sztuka nie zdołałaby wyrazić jej tak doskonale.
Jego przekład tego ustępu bardzo mu się przydał. Trzymał się ściśle oryginału, którego sam tylko szyk wyrazów, jak mu się zdawało, wypowiadał stan umysłu zdumionego, przerażonego, zdjętego grozą.
— Czy jesteś dobrym duchem, czy potępionym koboldem, czy przynosisz z sobą wonie niebios, czy pary piekielne, czy dobre, czy złe jest twe przedsięwzięcie, zjawiasz się w tak szanownej postaci, tak, mówię z tobą, nazywam cię Hamletem, królem, ojcem, o! odpowiedz mi!
Wśród publiczności zauważyć można było nadzwyczaj wielkie wrażenie. Duch skinął, królewicz poszedł za nim wśród rozgłośnych oklasków.
Sceneria się zmieniła, a gdy przyszli na oddalone miejsce, duch niespodzianie zatrzymał się i odwrócił; wskutek tego Hamlet znalazł się trochę za blisko niego. Z upragnieniem i ciekawością Wilhelm natychmiast zajrzał pod spuszczoną przyłbicę, ale zobaczył tylko wgłębione oczy obok ładnie ukształtowanego nosa. Trwożnie śledząc, stał przed nim, ale gdy spod hełmu wydobyły się pierwsze dźwięki, gdy dźwięczny, tylko nieco szorstki głos dał się słyszeć słowami: „Jestem duchem ojca twego”, Wilhelm wzdrygnąwszy się, odstąpił kilka kroków, a i cała publiczność się wzdrygnęła. Głos każdemu wydawał się znany i Wilhelmowi zdawało się, że jest podobny do głosu jego ojca. Te nadzwyczajne wzruszenia i wspomnienia, ciekawość odkrycia dziwnego przyjaciela i obawa, by go nie obrazić, nawet niestosowność, iż w tej sytuacji jako aktor podszedł zbyt blisko niego, wstrząsały Wilhelma w przeciwnych kierunkach. Podczas długiego opowiadania ducha zmieniał swą postawę tak często, wydawał się tak niezdecydowany i skłopotany, tak uważny i tak roztargniony, że gra jego wywołała powszechny podziw, duch zaś — powszechną grozę. Ten przemawiał raz z głębokim uczuciem przygnębienia raczej niż narzekania, ale przygnębienia duchowego, powolnego i niezgłębionego. Był to smutek wielkiej duszy, która oddzielona jest od wszystkich rzeczy ziemskich, a jednak podlega nieskończonym cierpieniom... W końcu duch się zapadł, ale w dziwny sposób, gdyż lekka, szara, przejrzysta gaza, która zdawała się wydobywać z rozpadliny jak para, rozpostarła się nad nim i wraz z nim opadła w dół.
Wtedy powrócili przyjaciele Hamleta i przysięgli na miecz. Wówczas stary kret tak się okazywał ruchliwy pod ziemią, że gdziekolwiek stanęli, zawsze odzywał się im pod nogami: „Przysięgnijcie!”, a oni, jakby ziemia pod nimi się paliła, szybko śpieszyli z jednego miejsca na drugie. Tam zaś, gdzie stawali, ukazywał się za każdym razem płomyk spod ziemi, wzmagając efekt i pozostawiając wszystkim widzom najgłębsze wrażenie.
Potem szła już sztuka bez przerwy swoją drogą; nic się nie psuło, wszystko się udawało; publiczność okazywała zadowolenie; ochota i dzielność aktorów zdawały się zwiększać z każdą sceną.