Starałam się tedy upewnić o moim wrażeniu, o moim widzeniu i niebawem byłam przekonana, że mój Bóg zyskał zdolność udzielania się, której dawniej nie miał.
Wobec takich wrażeń opuszczają nas słowa. Mogłam je zupełnie wyraźnie odróżniać od wszelkiej fantazji; były one całkiem bez fantazji, bez obrazu, a jednak dawały właśnie pewność obecności przedmiotu, do którego się odnosiły, jak wyobraźnia, kiedy nam uprzytamnia rysy nieobecnego kochanka.
Gdy minął pierwszy zachwyt, zauważyłam, że ten stan duszy znany mi był już przedtem, ale go nigdy nie odczułam z taką siłą. Nie mogłam go nigdy przytrzymać, zachować na własność. Sądzę w ogóle, że każda dusza ludzka coś z tego doznała raz i drugi. Bez wątpienia jest on tym, co uczy każdego, iż Bóg istnieje.
Z tej siły, która dawniej tylko niekiedy mnie nawiedzała, byłam dotąd bardzo zadowolona i gdyby szczególnym zrządzeniem nie spotkała mnie w tej porze niespodziewana klęska, gdyby przy tym moja moc działania nie utraciła u mnie samej całkowitego kredytu, to pozostałabym może na zawsze zadowolona z tego stanu.
Ale od owej wielkiej chwili dostałam skrzydeł. Mogłam się wznieść ponad to, co mi przedtem zagrażało, jak ptak, śpiewając, przelatuje bez trudu ponad najbystrzejszym strumieniem, przed którym piesek zatrzymuje się, szczekając trwożliwie.
Radość moja była nie do opisania, a chociaż nikomu nic o tym nie powiedziałam, domownicy spostrzegli jednak we mnie niezwykłą wesołość, nie mogąc pojąć, jaka jest przyczyna mojego zadowolenia. O, gdybym zawsze była milczała i starała się utrzymać czysty nastrój w mej duszy! O, gdybym nie dała się uwieść okolicznościom do wyjawienia mojej tajemnicy! Mogłabym wówczas oszczędzić sobie ponownie wielkiego zboczenia z drogi.
Ponieważ w poprzednim dziesięcioleciu mojego pobożnego życia nie miałam w duszy tej niezbędnej siły, znajdowałam się tedy w położeniu innych uczciwych ludzi; tym sobie dopomagałam, że ciągle napełniałam fantazję obrazami mającymi związek z Bogiem, a i to już jest rzeczą prawdziwie użyteczną, powstrzymują się bowiem przez to obrazy szkodliwe i ich złe skutki. Następnie dusza nasza chwyta częstokroć ten lub ów z obrazów duchowych i z nim wznosi się cokolwiek w górę jak ptaszek młody przelatujący z gałęzi na gałąź. Dopóki się nie ma czegoś lepszego, nie można odrzucać całkowicie tego ćwiczenia.
Instytucje kościelne, dzwony, organy i śpiewy, a zwłaszcza wykłady naszych mistrzów wywołują w nas obrazy i wrażenia odnoszące się do Boga. Żądna ich byłam niewypowiedzianie; ani słota, ani niemoc cielesna nie powstrzymywała mnie od odwiedzania kościołów, a na łożu boleści jedynie dzwony niedzielne mogły we mnie budzić pewną niecierpliwość. Naszemu najwyższemu kaznodziei nadwornemu, który był człowiekiem doskonałym, przysłuchiwałam się z wielkim zainteresowaniem, a i jego koledzy byli dla mnie szacowni; umiałam znaleźć złote jabłka słowa Bożego na glinianych talerzach wśród owoców pospolitych. Do ćwiczeń publicznych przyłączano też wszelkie możliwe prywatne budujące praktyki, jak je nazywają, a przez nie podsycała się tylko fantazja i subtelniejsza zmysłowość.
Tak przywykłam do tego trybu, tak wysoce go szanowałam, że i teraz nie przyszło mi na myśl nic wyższego. Dusza moja bowiem ma tylko czułki, a nie ma oczu; dotyka tylko, a nie widzi; ach, obyś zyskała oczy i mogła patrzeć!
Nawet teraz chodziłam na kazania pełna tęsknoty; ale, ach, cóż się ze mną działo! Nie znajdowałam już tego, co kiedyś znajdowałam. Ci kaznodzieje tępili sobie zęby na łupinach, kiedy ja spożywałam ziarno. Musiałam się nimi wkrótce przesycić; jednak zanadto byłam znarowiona, by tylko trzymać się Tego, którego przecie umiałam znaleźć. Chciałam mieć obrazy potrzebowałam, wrażeń wewnętrznych i sądziłam, że czuję czystą duchową potrzebę.