Tymczasem zauważyłem, że za płotem jakieś dziecko zajmuje się zrywaniem kwiatów, i korzystając ze sposobności, zapytałem, gdzie jest reszta jej dzieci.

— To nie moje dziecko — odrzekła — byłoby za wcześnie.

I w tej chwili tak się złożyło, że mogłem poprzez gałęzie zobaczyć dokładnie jej twarz, i nie wiedziałem, co powiedzieć na to zjawisko: była to moja ukochana i nie była. Prawie młodsza, prawie piękniejsza, niż kiedy ją znałem przed dziesięciu laty.

— Czyż nie jesteś córką dzierżawcy? — zapytałem na wpół zmieszany.

— Nie — odpowiedziała — jestem jej siostrą cioteczną.

— Ale jesteście do siebie bardzo podobne — zauważyłem.

— Wszyscy, którzy znali ją dziesięć lat temu, tak mówią.

Nie przestałem jej pytać o rozmaite rzeczy; moja omyłka była dla mnie przyjemna, chociaż już ją odkryłem. Nie mogłem się oderwać od żywego obrazu minionej szczęśliwości, który stał przede mną. Dziecko tymczasem oddaliło się ode mnie i poszło nad staw szukać kwiatów. Pożegnała się i pobiegła za dzieckiem. Tymczasem dowiedziałem się, że moja dawna kochanka rzeczywiście jest jeszcze w domu ojca, a jadąc, zajmowałem się przypuszczeniami, czy to ona sama, czy też jej cioteczna siostra uchroniła dziecko przed końmi. Powtarzałem sobie w kółko całą tę historię w myślach i nie mogłem sobie wyobrazić, żeby cokolwiek mogło przyjemniej na mnie podziałać. Ale czuję to dobrze, jestem jeszcze chory; poprosimy doktora, żeby nas wybawił od resztek tego usposobienia.

Z poufnymi zwierzeniami o wdzięcznych przygodach miłosnych bywa zazwyczaj tak jak z historiami o strachach; kiedy jedna zostanie opowiedziana, dalsze płyną same z siebie.

Nasze małe towarzystwo we wspomnieniach z minionych czasów znalazło niejedną sprawę tego rodzaju. Lothar miał najwięcej do opowiadania. Historie Jarna miały wszystkie właściwą sobie cechę, a co miał do wyznania Wilhelm, to już wiemy. Tymczasem niepokoiło go, żeby mu nie przypomniano historii z hrabiną, ale nikt nie pomyślał o niej chociażby w najodleglejszy sposób.