— Równocześnie powstaje drugie pytanie, które może wypadnie załatwić wcześniej. Markiz jest nadzwyczaj wzruszony gościnnością, jakiej doznawała u nas jego biedna siostrzenica, a zwłaszcza u naszego młodego przyjaciela. Musiałem mu szczegółowo opowiedzieć całą historię, ba, kilkakrotnie, a on okazywał najserdeczniejszą wdzięczność. „Ten młodzieniec — powiedział — wymówił się od podróży ze mną, zanim poznał związek, jaki istnieje między nami. Teraz nie jestem już dla niego obcym, którego zachowania się i humoru nie byłby może pewny; jestem z nim złączony, a jeśli pan chcesz, spowinowacony, a ponieważ jego chłopiec, którego nie chciał pozostawiać, był początkowo przeszkodą, która powstrzymywała go od zostania moim towarzyszem, niechże to dziecko stanie się piękną wstęgą, która nas tym silniej zwiąże ze sobą. Obok zobowiązania, jakie mam już teraz, niech mi się jeszcze okaże użyteczny w podróży, niech wraca ze mną, mój starszy brat przyjmie go z radością, niech nie wzgardzi dziedzictwem swej wychowanki, gdyż według tajemnej umowy naszego ojca z jego przyjacielem, majątek, który przeznaczył dla swej córki, przeszedł na nas, a my z pewnością nie pozbawimy dobroczyńcy naszej siostrzenicy tego, na co sobie zasłużył”.

Teresa wzięła Wilhelma za rękę i rzekła:

— Jesteśmy tu znowu świadkami pięknego przypadku, że bezinteresowne dobrodziejstwo przynosi najwyższe i najśliczniejsze korzyści. Idź pan za tym osobliwym wezwaniem, a podwójnie oddając usługi markizowi, śpiesz pan do pięknego kraju, który już nie raz przyciągał do siebie twoją wyobraźnię i serce.

— Powierzam się całkowicie moim przyjaciołom i ich kierownictwu — odrzekł Wilhelm; — Próżno na tym świecie działać według własnej woli. Co pragnąłem zachować, muszę porzucić, a niezasłużone dobrodziejstwo samo mi się narzuca.

Uścisnąwszy rękę Teresy, puścił swoją.

— Zdaję się zupełnie na pana — rzekł do księdza — co o mnie postanowisz; kiedy nie muszę się rozstawać ze swoim Feliksem, to rad będę pojechać gdziekolwiek i podjąć się wszystkiego, co się uzna za dobre.

Usłyszawszy to wyjaśnienie, ksiądz natychmiast rozwinął swój plan.

— Trzeba — rzekł — pozwolić markizowi odjechać. Wilhelm niech zaczeka na wiadomości od lekarza, a potem, kiedy się rozważy, co robić, może wraz z Feliksem pojechać za markizem.

Tak też pod jakimś pozorem namówił Markiza, aby nie krępując się przygotowaniami młodego przyjaciela do podróży, tymczasowo rozglądał się w osobliwościach miasta.

Markiz odjechał, wielokrotnie gorąco zapewniając o swej wdzięczności, której dostateczny dowód dawały podarunki, jakie pozostawił, a które się składały z klejnotów, rzeźbionych kamieni i haftowanych materii.