— To pan nie wierzysz w los, w potęgę, która nad nami panuje, wszystko kierując ku naszemu najwyższemu dobru?
— Nie ma tu mowy o mojej wierze, ani też tu miejsce na wykład, jak staram się do pewnego stopnia wyobrazić sobie rzeczy dla nas wszystkich niepojęte; idzie tu o to tylko, który sposób myślenia służy naszemu najwyższemu dobru. Tkanina tego świata składa się z konieczności i przypadku; rozum ludzki staje pomiędzy obojgiem i umie je opanować; konieczność traktuje jako podstawę swego bytu; umie kierować przypadkowością, prowadzić ją i zużytkować, i wtedy tylko gdy ten rozum stoi twardo i niewzruszenie, człowiek zasługuje, by go bogiem ziemi zwano. Biada temu, co od młodości przyzwyczaja się wyszukiwać w konieczności czegoś samowolnego, co przypadkowi chciałby przypisać rodzaj rozumu, któremu posłuszeństwo miało by stanowić religię. Czyż to znaczy co innego niż zrzec się własnego rozsądku i dać nieograniczoną swobodę namiętnościom? Wyobrażamy sobie, że jesteśmy pobożni, jeżeli bez rozwagi przemykamy się dalej, pozwalając przyjemnym przypadkom rządzić nami, a w końcu wynikowi takiego chwiejnego życia nadajemy nazwę boskiego zrządzenia.
— Czyś pan nigdy nie był w takiej sytuacji, że jakaś mała okoliczność spowodowała, że obrał pan pewną drogę, na której niebawem spotkała pana jakaś usłużna sposobność, a szereg niespodzianych wydarzeń zaprowadził wreszcie pana do celu, któryś pan sam sobie zaledwie wytknął? Czyż to nie może natchnąć do oddania się losowi, zaufania takiemu kierownictwu?
— Przy takim sposobie myślenia żadna dziewczyna nie mogłaby utrzymać swej cnoty, a żaden człowiek swych pieniędzy w sakiewce, gdyż niemało jest nagabywań pozbycia się tego i owego. Ja mogę się cieszyć tylko z tego człowieka, który wie, co jest pożyteczne dla niego i innych i pracuje nad ograniczeniem swojej samowoli. Każdy ma własne szczęście w ręku, jak artysta surowy materiał, który chce zmienić w posąg. Ale z tą sztuką jest tak samo jak ze wszystkim, zdolność jest nam wrodzona, ale musi być wykształcona i starannie wyćwiczona.
To i wiele innych rzeczy stanowiło przedmiot ich rozpraw; w końcu rozstali się, nie wydając się wzajemnie szczególnie przekonani; oznaczyli jednakże miejsce spotkania na dzień jutrzejszy.
Wilhelm przeszedł jeszcze kilka ulic; posłyszał klarnety, waltornie i fagoty; pierś jego się wzdymała. Przejeżdżający grajkowie utworzyli przyjemną muzykę nocną. Przemówił do nich; za małe pieniądze poszli za nim do mieszkania Marianny. Wysokie drzewa zdobiły plac przed jej domem, pod nimi ustawił swoich śpiewaków; sam spoczął na ławce w pewnym oddaleniu i utonął całkiem w rozpływających się dźwiękach, które szemrały wkoło niego wśród odświeżającej nocy. Wyciągniętemu wobec pięknych gwiazd istnienie wydawało się snem złotym.
— I ona słyszy te flety — rzekł sobie w duszy — ona czuje, czyja to pamięć, czyja miłość czyni noc brzmiącą zgodnymi dźwiękami, i w oddaleniu wiążą nas z sobą te melodie, tak jak w każdym oddaleniu wiąże najdelikatniejszy nastrój miłości. Ach, dwa kochające serca to jak dwa zegary magnetyczne; co się porusza w jednym, musi z sobą poruszyć i drugi, gdyż w obu działa to samo, ta sama siła, która je przenika. Czyż mogę w jej objęciach odczuć możliwość oddzielenia się od niej? A jednak będę od niej daleko, szukając miejsca zbawienia dla naszej miłości i zawsze mieć ją będę ze sobą. Ileż to razy zdarzyło mi się, że będąc od niej oddalony, a zatopiony w myślach o niej, dotykałem książki, ubrania lub czego innego i sądziłem, iż czuję jej rękę, tak dalece byłem otoczony jej obecnością. A przypomnieć sobie te chwile, które unikają światła dziennego jak oka zimnego widza, których, by używać, bogowie musieli się zdecydować porzucić spokojny stan czystej błogości!... Przypomnieć sobie! Jak gdyby można było odnowić we wspomnieniach oszołomienie upajającej czary, co nasze zmysły, niebiańskimi więzami spętane, z posad wyrywa. A jej postać!...
Zatonął we wspomnieniu o niej; jego spoczynek przeszedł w pożądanie, Wilhelm objął drzewo, chłodził gorące lico o korę, a nocne wiatry wchłaniały chciwie oddech, który drgając, wydobywał się z czystego łona. Chciał wyjąć chusteczkę, którą od niej zabrał; zapomniał jej, została w poprzednim ubraniu. Wargi jego łaknęły, członki drżały z pożądania.
Muzyka ustała, a jemu zdawało się, jakby wypadł z żywiołu, w którym dotychczas unosiły się jego uczucia. Jego niepokój wzmógł się, gdyż uczucia przestały być podsycane i bujane łagodnymi dźwiękami. Usiadł na jej progu i już był spokojniejszy. Ucałował mosiężne kółko, którym stukało się do jej drzwi, ucałował próg, po którym nogi jej stąpały, wchodząc i wychodząc, i ogrzewał go ogniem swej piersi. Potem siedział znów przez chwilę spokojnie i wyobrażał ją sobie za firankami w słodkim spoczynku. W białym ubraniu nocnym z czerwoną wstążką wokół głowy, i siebie wyobrażał sobie tak blisko niej, że zdawało mu się, iż teraz musiała śnić o nim. Myśli jego były miłe jak duchy świtu, spokój i żądza zmieniały się w nim po kolei, miłość drżącą ręką tysiąckrotnie przebiegała po strunach jego duszy, było mu tak, jakby harmonia sfer zatrzymała się ponad nim, by wysłuchać cichych melodii jego serca.
Gdyby miał był przy sobie klucz, którym kiedy indziej otwierał drzwi Marianny, nie powstrzymałby się, byłby się wdarł do świątyni miłości. Oddalił się powoli, wlókł się na wpół marząc pod drzewami, chciał iść do domu i ciągle coś go odciągało; w końcu, gdy się przemógł, poszedł i na rogu raz jeszcze się obejrzał: wydawało mu się, że drzwi Marianny się otworzyły i wyszła przez nie jakaś ciemna postać. Był za daleko, by móc widzieć wyraźnie, a zanim przyszedł do siebie i dobrze się wpatrzył, zjawa już zniknęła w ciemności; zdało się mu tylko, że widzi je znowu przechodzące koło jakiegoś białego domu. Stanął i zmrużył oczy, ale zanim się ocknął i podążył, widziadła już nie było. Dokąd miał iść za nim? Jaką ulicą podążył ten człowiek, jeżeli to był człowiek?