Teraz robił sam sobie najboleśniejsze zarzuty, że po tak wielkiej stracie może jeszcze doświadczać chwil bezbolesnych, spokojnych, obojętnych. Pogardzał własnym sercem i tęsknił za balsamem narzekania i łez. Ażeby je wzbudzić w sobie na nowo, przesuwał w pamięci wszystkie sceny minionego szczęścia. Z największą żywością malował je przed sobą, zatapiał się w nich, a gdy się wzniósł do możliwej wyżyny, gdy słoneczny blask minionych dni zdawał się znowu ożywiać mu członki, podnosić pierś, oglądał się na okropną przepaść, pasł oko druzgocącą głębią, rzucał się w nią i wymuszał na naturze najdotkliwsze bóle. Tak powtarzanym okrucieństwem rozszarpywał sam siebie; gdyż młodzież, tak bogata w ukryte siły, nie wie, co marnotrawi, kiedy do bólu wywołanego stratą przyłącza jeszcze tyle wymuszonych cierpień, jakby dopiero przez to chciała temu, co utraciła, nadać istotną wartość. I tak był przekonany, że ta strata jest jedyną, pierwszą i ostatnią, jakiej doznać miał w życiu, iż czuł wstręt do każdej pociechy, która pragnęłaby mu przedstawić te cierpienia jako przemijające.

Rozdział drugi

Przywykłszy dręczyć się w ten sposób, rzucił się ze wszech stron z szyderczą krytyką na to, co mu po miłości i wraz z miłością sprawiało największe rozkosze i nadzieje, na swój talent jako poety i aktora. W swoich pracach dostrzegł tylko bezduszne naśladownictwo paru tradycyjnych form, bez wartości wewnętrznej; chciał w nich widzieć jedynie suche ćwiczenia szkolne, którym brak choćby iskierki naturalności, prawdy i natchnienia. W swoich poezjach znalazł tylko rytm monotonnych miar, w których związane nędznym rymem wlokły się całkiem pospolite myśli i uczucia; a tak odejmował sobie wszelki widok, wszelką ochotę, które by go przecież przynajmniej z tej strony mogły postawić na nogi.

Nie lepiej poszło z jego talentem aktorskim. Ganił siebie, że wcześniej nie odkrył próżności, stanowiącej wyłączną podstawę tego zarozumiałego wyobrażenia. Jego postać, chód, ruchy i deklamacja sztukowały się tylko; odmawiał sobie stanowczo wszelkiego rodzaju zalet, wszelkiego przymiotu, który by go wynosił ponad pospolitość, a przez to powiększał swoje nieme zwątpienie do najwyższego stopnia. Bo jeśli ciężko jest wyrzec się miłości kobiety, to nie mniej bolesne jest uczucie, kiedy mamy się rozstać z towarzystwem Muz, kiedy mamy wyznać, że jesteśmy na zawsze niegodni obcowania z nimi, kiedy mamy się wyzuć z najpiękniejszego i najmilszego nam uznania, jakie bywa udzielane publicznie naszej osobie, naszemu zachowaniu się, naszemu głosowi.

Tak to nasz przyjaciel, całkowicie zrezygnowany, poświęcił się z wielkim zapałem interesom handlowym. Ku zdziwieniu przyjaciela, a ku najżywszemu zadowoleniu ojca nikt nie był czynniejszy od niego w kantorze, na giełdzie, w sklepie i w składach; z największą pilnością i gorliwością pilnował i dopełniał korespondencji i rachunków, i wszystkiego, co mu polecono. Co prawda nie była to pilność wesoła, będąca zarazem nagrodą dla pracownika, kiedy wykonujemy porządnie i należycie to, do czegośmy zostali zrodzeni, ale była to cicha pilność obowiązkowa, która ma za podstawę najlepszy zamiar, która odżywiana jest przekonaniem, a nagradzana wewnętrznym poczuciem, która jednakże często nawet wówczas, gdy najpiękniejsze przeświadczenie ją wieńczy koroną, zaledwie zdoła stłumić wydzierające się westchnienie.

Tym sposobem przeżył Wilhelm czas jakiś bardzo pracowicie i przekonał się, że owa ciężka próba zesłana była przez los dla jego dobra. Rad był, że został ostrzeżony, chociaż dość nieprzyjaźnie, na drodze życia zawczasu, gdy inni później i dotkliwiej pokutują za niewłaściwe kroki, do których skłoniła ich młodzieńcza zarozumiałość. Zazwyczaj bowiem człowiek wzbrania się, dopóki może, pożegnać głupca, którego w łonie nosi, wyznać błąd zasadniczy i uznać prawdę, która pogrąża go w zwątpienie.

Jakkolwiek był zdecydowany wyrzec się najulubieńszych swych wyobrażeń, potrzeba jednak było pewnego czasu, by go całkowicie przekonać o jego nieszczęściu. W końcu jednak za pomocą dobitnych argumentów zniszczył w sobie wszelką nadzieję miłości, poetyckiego tworzenia i osobistych występów na scenie tak dalece, że się poczuł dość silny, by zupełnie zatrzeć wszystkie ślady swojej głupoty, wszystko, co mu jeszcze mogło przypominać te marzenia. Dlatego pewnego chłodnego wieczoru zapalił ogień na kominku i wydobył skrzynkę z relikwiami, w której znajdowały się tysiączne drobnostki otrzymane od Marianny w ważnych chwilach albo od niej zdobyte. Każdy zeschły kwiat przypominał mu o czasie, kiedy świeży jeszcze kwitnął w jej włosach; każdy bilecik o tej szczęśliwej godzinie, na którą go nim zapraszała; każdy wstążka jej głowę, jej piękną pierś, gdzie miał miły spoczynek. Czyż tym sposobem uczucia, które, jak uważał, że dawno już zabił, nie musiały zacząć drgać znowu? Czyż namiętność, nad którą, oddzielony od ukochanej, zapanował, nie musiała potężnieć znowu wobec tych drobiazgów? Wówczas bowiem dopiero spostrzegamy, jak smutny i nieprzyjemny jest posępny dzień, gdy jeden jedyny przedzierający się promień słońca daje nam wyobrażenie o pobudzającym blasku wesołej godziny.

Toteż nie bez wzruszenia patrzył na niknące po kolei w dymie i płomieniu te tak długo przechowywane świętości. Kilka razy zatrzymywał się z wahaniem, a gdy pozostał mu jeszcze tylko sznur pereł i kwiecista chustka na szyję, kiedy się zdecydował podsycić zmniejszający się ogień poetyckimi próbami swej młodości.

Dotychczas przechowywał starannie wszystko, co mu od najwcześniejszej czasu rozwoju jego ducha wypłynęło spod pióra. Rękopisy powiązane w paczki leżały jeszcze na dnie kuferka, jak je włożył wówczas, gdy się spodziewał, że je weźmie ze sobą, uciekając z domu. Jakże inaczej rozwijał je teraz, niż kiedy je w tamtej chwili związywał!

Jeśli po upływie pewnego czasu otwieramy list, który napisaliśmy i zapieczętowaliśmy w pewnych okolicznościach, który jednak nie zastawszy naszego przyjaciela, wraca do nas z powrotem, opanowuje nas wtedy dziwne uczucie, kiedy łamiemy własną pieczęć i z naszym zmienionym ja rozmawiamy jakby z osobą trzecią. Podobne wrażenie gwałtownie opanowało naszego bohatera przy otwieraniu pierwszej paczki i rzuceniu w ogień rozpadających się zeszytów, które właśnie wybuchły silnym płomieniem, gdy wszedł Werner i dziwiąc się obfitemu ogniowi, zapytał, co się tu dzieje.