— Dziś wieczorem — rzekła — podczas próby przysiądę się do niego i będę się starała odrywać jego uwagę. Mistrza ogni sztucznych uprzedziłam już także, iżby dekorację na końcu zrobił bardzo ładnie, ale żeby brakowało w niej jakiejś drobnostki.
— Znam dwór — odpowiedział Jarno — gdzieby potrzebowaliśmy takich czynnych a mądrych przyjaciół jak pani. Jeśli dzisiejszego wieczoru obmyślone przez panią środki nie będą już działały, skiń pani na mnie, a ja wyprowadzę hrabiego i nie wpuszczę go wcześniej, aż wystąpi Minerwa i spodziewane będą niebawem posiłki od iluminacji. Już od dni kilku mam mu powiedzieć coś, co dotyczy jego kuzyna, a co z różnych powodów ciągle odkładałem. I to uczyni mu dystrakcję, choć nie najprzyjemniejszą.
Jakieś interesy nie pozwoliły hrabiemu być na początku próby, potem zabawiła go baronowa. Pomoc Jarna zgoła nie była potrzebna. Chociaż bowiem hrabia miał na myśli dosyć sprostowań, poprawek i zmian, całkiem się jednak zapomniał w rozmowie, a że pani Melina w końcu mówiła według jego smaku, iluminacja zaś poszła dobrze, okazał się zupełnie zadowolony. Dopiero gdy wszystko już minęło i zabrano się do właściwej sztuki, zdawało się, że go uderzyła różnica; zaczął rozważać, czy prolog był rzeczywiście jego pomysłem? Na dany znak wypadł z zasadzki Jarno; wieczór przeszedł, wiadomość, że książę istotnie przybywa, sprawdziła się; kilka razy wyjeżdżano konno, by zobaczyć obozującą w sąsiedztwie straż przednią, zamek pełen był zgiełku i niepokoju, a nasi aktorzy, których potrzeby nie zawsze były najlepiej zaopatrywane przez niechętną służbę, gdy nikt o nich szczególnie nie pamiętał, musieli spędzać czas na oczekiwaniach i ćwiczeniach w starym zamku.
Rozdział ósmy
Przybył wreszcie książę; generalicja, oficerowie sztabu i reszta świty, która jednocześnie nadciągnęła, liczni ludzie, którzy zawitali już to w odwiedziny, już to w interesach, uczynili zamek podobnym do ula, w którym właśnie odbywa się rojenie. Każdy się cisnął, by widzieć znakomitego księcia, i każdy podziwiał jego uprzejmość i przystępność; każdy się zdumiewał, spostrzegając najprzyjemniejszego dworzanina w bohaterze i wodzu.
Wszyscy domownicy z dworu musieli wedle rozkazu hrabiego być na swych stanowiskach w chwili przybycia księcia; aktorzy nie powinni się pokazywać, gdyż przygotowywane uroczystości miały być niespodzianką dla księcia; toteż wieczorem, gdy wprowadzono go do wielkiej, wybornie oświetlonej sali, przyozdobionej gobelinami z zeszłego stulecia, zdawało się, że najzupełniej się nie spodziewał jakiegoś widowiska, a tym mniej prologu na swoją cześć. Wszystko odbyło się jak najlepiej, a po przedstawieniu trupa musiała wyjść i ukazać się księciu, który umiał każdego o coś jak najuprzejmiej zapytać, każdemu jak najgrzeczniej coś powiedzieć. Wilhelm jako autor musiał wystąpić oddzielnie i otrzymał również swoją cząstkę uznania.
O prolog nikt się wiele nie dopytywał; w kilka dni potem wyglądało tak, jakby nigdy nic podobnego nie wystawiono, tylko Jarno rozmawiał o tym z Wilhelmem i bardzo rozumnie chwalił, dodał jednakże:
— Szkoda, że grasz pan pustymi orzechami o puste orzechy.
Przez kilka dni wyrażenie to tkwiło w myśli Wilhelma; nie wiedział, jak sobie je tłumaczyć ani co z niego wywnioskować.
Tymczasem towarzystwo grało, jak tylko mogło najlepiej przy swych zasobach, i wysilało się, ażeby ściągnąć na siebie uwagę widzów. Niezasłużona pochwała orzeźwiała aktorów, siedząc w starym zamku sądzili naprawdę, że owo wielkie zgromadzenie ciśnie się właściwie tylko ze względu na nich, że po przedstawieniach ściąga do nich mnóstwo obcych i że są punktem środkowym, wokół którego wszystko się kręci i porusza.