Wszędzie, gdzie tylko w dawniejszych czasach społeczeństwo dążyło do równości, sprawiedliwość stawała się podstawą cnoty. Tak było w wolnych rzeczachpospolitych starożytnych.
Ale i w najlepszych z tych republik równość rozciągała się tylko na wolnych obywateli; niewolnicy, kobiety, obcy przybysze nieposiadający prawa obywatelstwa rządzeni byli prawem mocniejszego. Podwójny wpływ cywilizacji rzymskiej i chrześcijaństwa zatarł te różnice i przyznał w teorii (a po części i w praktyce), że prawa człowieka wyższe są od praw płci, klasy lub położenia towarzyskiego. Zapory, które zaczęto usuwać, znów podniesione zostały przez zwycięskich barbarzyńców z północy, a cała historia nowożytna jest pasmem wysiłków w celu ich złamania. Rozpoczynamy nowy porządek rzeczy, w którym sprawiedliwość będzie znowu kardynalną cnotą, opartą jak przedtem na stowarzyszeniu ludzi nie tylko równych, ale odtąd także połączonych sympatią; stowarzyszenie to nie będzie miało swego źródła w trosce o interesy osobiste, ale we wzajemnej, oświeconej życzliwości, z której nikt wyłączony nie będzie i gdzie wszyscy jednaką miarą będą mierzeni. Nie jest to nowością, że ludzkość nie przeczuwa odmian, którym ulec musi, i nie może dostrzec, że obecne jej uczucia są dopasowane do przeszłości, nie zaś do przyszłych wieków. Przewidywanie przyszłości rodu ludzkiego było zawsze przywilejem najprzedniejszej części wyborowych i oświeconych umysłów.
Czuć tak, jak przyszłe pokolenia czuć będą, oto jest, co stanowi odróżnienie i najczęściej męczeństwo rzadszych jeszcze wybrańców. Instytucje, książki, wychowanie, towarzystwo, wszystko to dopasowuje ludzi do starego porządku, nawet wtenczas gdy się nowy już dawno ukazał, a cóż powiedzieć, gdy się dopiero zbliża. Ale prawdziwa cnota człowieka polega na zdolności życia jak równy z równymi, bez żądania dla siebie czegokolwiek innego niż to, na co się wszyscy swobodnie zgodzą; na uważaniu wszelkiego rozkazu za wyjątkową konieczność, a w każdym razie konieczność czasową; na cenieniu wyżej nad wszelkie inne towarzystwa tych, wśród których rozkaz i posłuszeństwo kolejno po sobie następować mogą. Życie teraźniejsze nie nadaje się do wyrabiania cnót podobnych. Rodzina jest szkołą despotyzmu, w której cnoty despotyzmu, ale też i występki jego obficie się hodują.
Życie polityczne w krajach wolnych byłoby niezawodnie szkołą, w której uczono by się równości, ale polityka bardzo mało wypełnia miejsca w życiu społeczeństw, nie przenika w obyczaje życia codziennego i nie dotyka najściślejszych związków i uczuć. Rodzina urządzona na zasadach sprawiedliwości stanowiłaby właśnie tę prawdziwą szkolę cnót i wolności. Tymczasem uczą w niej rzeczy zupełnie przeciwnych. Będzie to zawsze szkoła posłuszeństwa dla dzieci, a rozkazywania dla rodziców; należałoby żądać, aby była szkołą uczuć wzajemnej sympatii, życia wspólnego w miłości i równości, gdzie władza nie byłaby po jednej stronie, a posłuszeństwo po drugiej. Oto czym rodzina powinna być dla swych członków. Nauczono by się tam wszystkich cnót potrzebnych we wszystkich innych stowarzyszeniach; dzieci znalazłyby wzór uczuć i postępowania, który stałby się dla nich naturalny, zwyczajny, zaszczepiony podczas tego okresu wychowania, w którym trzeba od nich żądać posłuszeństwa.
Moralne wychowanie ludzkości nie przystosuje się nigdy do warunków tego rodzaju życia, do którego wszelki postęp jest tylko przygotowaniem, dopóki rodzina nie będzie rządzona tym samym moralnym prawem, na jakim się opiera normalne urządzenie społeczeństwa ludzkiego. Uczucie wolności ożywiające człowieka, którego najwyższe sympatie odnoszą do istot zależnych od wszechwładnej woli jego, nie jest prawdziwą, czyli chrześcijańską miłością wolności; jest to przywiązanie do wolności takie, jakie istniało w ogóle u starożytnych i w średnich wiekach, mianowicie, jest to nadmierne cenienie godności i ważności własnej osoby. Ono to sprawia, że ludzie uważają za upokarzające dla siebie znoszenie jarzma niebudzącego w nich wstrętu samo przez się, ale które gotowi są włożyć na innych dla własnego interesu lub próżności.
Gotów jestem przyznać (i na tym właśnie opieram swoje nadzieje), że wiele osób żyjących w małżeństwie, nawet pod istniejącym prawem (w Anglii prawdopodobnie większość pośród klas wyższych), postępuje według ducha sprawiedliwości i równości. Prawa nie byłyby nigdy ulepszone, gdyby moralne uczucia wielu osób nie były warte więcej niż istniejące prawa. Osoby te powinny popierać zasady, których tu bronię, dążeniem moim jest bowiem uczynić wszystkie małżeństwa podobnymi do wzoru, jaki one z siebie dają. Ale pomimo wielkiej moralnej wartości osoby niemające filozoficznego umysłu chętnie mniemają, że prawa i zwyczaje, których same szkodliwości nie doświadczyły, żadnych złych następstw nie pociągają, a nawet muszą mieć dobre skutki, ponieważ zyskały powszechne uznanie, i że jest bezzasadne przeciw nim powstawać. Osoby te nie zastanawiają się nawet raz na rok nad legalnymi warunkami związku, który je łączy; żyją i czują pod wszelkimi względami, jak gdyby równe były wobec prawa. Myliłyby się jednak, sądząc, że się tak dzieje we wszystkich małżeństwach, w których mąż nie jest skończonym nędznikiem. Dowodziłoby to wielkiej nieznajomości ludzkiej natury i realnej strony życia. Im mniej człowiek jest zdolny do piastowania władzy, tym mniej jest prawdopodobne, by jej umiał używać względem kogokolwiek, choćby za zgodą tej osoby; tym bardziej zatem korzysta z władzy udzielonej przez prawo, a z im większą surowością stosuje te legalne prawa swoje według zwyczaju (podobnych sobie), tym większej doznaje przyjemności z użycia władzy. Co więcej, pośród klas niższych, z natury brutalnych i najbardziej pozbawionych moralnego wychowania, legalne niewolnictwo kobiety i jej bierne posłuszeństwo, zamieniające ją w bezbronne narzędzie woli męża, budzi w nim dla niej pogardę, której nie ma względem innych kobiet i innych osób, uważając własną żonę za stworzenie urodzone na to, ażeby się nad nim znęcano. Niechże więc jakikolwiek bystry obserwator mający odpowiednią sposobność do czynienia spostrzeżeń powie, czy nie tak się dzieje; a jeżeli widzi, że tak się rzeczy mają, niechże go nie dziwi wstręt i oburzenie, jakimi natchnąć mogą instytucje prowadzące człowieka do takiej deprawacji umysłu. Powiedzą nam może, iż religia nakazuje posłuszeństwo, tak samo, jak wtenczas gdy fakt jakiś jest oczywiście zły i obronić się nie da, mówią, że go nakazuje religia. Kościół wprawdzie zaleca posłuszeństwo w przepisach swoich, ale niełatwo by było wyprowadzić podobny nakaz z chrześcijaństwa. Mówią nam, że św. Paweł wyrzekł: „żony bądźcie posłuszne mężom waszym”24, ale zalecał on także i niewolnikom: „bądźcie posłuszni panom waszym”25. Zadaniem św. Pawła nie było jątrzenie przeciw istniejącym prawom; takie podżegania nie zgadzały się z jego celem, którym było rozszerzenie chrześcijaństwa. Ale stąd, że Apostoł godził się na instytucje, jakie zastał, nie należy wnosić, jakoby ganił usiłowania czynione we właściwym czasie dla ich ulepszenia; tak samo jak zdanie jego, że „wszelka władza od Boga pochodzi”26 nie uświęca despotyzmu militarnego, nie uznaje tej formy rządu za jedynie chrześcijańską i nie zaleca posłuszeństwa biernego.
Twierdzić, że chrześcijaństwo miało na celu zabalsamowanie wszelkich form rządu i społeczeństw wówczas istniejących, znaczy tyleż co równać je z islamizmem i braminizmem27. Dlatego właśnie, że chrześcijaństwo nie uczyniło tego, stało się religią postępowej części ludzkości, a islamizm, braminizm i inne podobne im religie zostały wyznaniami stojących w miejscu, lub raczej upadających społeczeństw, ponieważ nie ma w istocie społeczeństw, których by wyobrażenia były niezmienne. Nie brakło we wszelkich epokach chrześcijaństwa ludzi chcących uczynić zeń coś na kształt tych stojących w miejscu wyznań, przerobić chrześcijan na muzułmanów z Biblią zamiast Koranu; posiadali oni znaczną władzę, a wielu poświęciło życie, by się im oprzeć. Jakoż oparto się im, a ten opór uczynił nas tym, czym jesteśmy, i uczyni tym, czym być powinniśmy.
Po tym, cośmy powiedzieli o posłuszeństwie, zbyteczne jest prawie dodawać tu cokolwiek o drugim punkcie tej ważnej kwestii, o prawie kobiety do rozporządzania majątkiem swoim. Nie spodziewam się, żeby ta książeczka uczyniła jakiekolwiek wrażenie na tych, których należałoby wprzód przekonać, że własność, którą kobieta otrzymuje w spadku lub która jest owocem jej pracy, powinna do niej należeć po zamążpójściu, tak jakby należała przedtem. Prawidło to jest proste: cokolwiek by należało do mężczyzny lub kobiety, gdyby nie weszli w związki małżeńskie, winno pozostać w ich osobistym władaniu po zawarciu małżeństwa; nie przeszkadza im to w robieniu układów pomiędzy sobą w celu zachowania majątku dzieciom. Myśl rozdziału majątku razi uczucia niektórych osób jako niezgodna z idealnym stopieniem dwóch istnień w jedno.
Co do mnie, najenergiczniej obstaję przy wspólności dóbr, gdy ta wynika z zupełnej jedności uczuć pomiędzy właścicielami, co sprawia, że wszystko staje się pomiędzy nimi wspólne. Ale nie mam najmniejszego upodobania w zasadzie głoszącej, że wszystko, co twoje, to moje, ale to, co moje, nie jest twoje; nie chciałbym z nikim podobnego układu, chociażby miał wypaść na moją korzyść.
Niesprawiedliwość tego rodzaju ucisku, jaki ciąży na kobiecie, uznana jest powszechnie; można jej zaradzić, nie poruszając nawet innych stron kwestii, i nie ma wątpliwości, że krzywda ta najprzód zniknąć musi. W wielu nowych stanach i w kilku dawnych Unii Amerykańskiej wniesiono nawet do pisanych konstytucji zastrzeżenia zapewniające kobietom te same pod względem majątkowym prawa, co i mężczyźnie, przez co poprawiono dolę zamężnych kobiet posiadających jakąkolwiek własność, zostawiając w ich rozporządzeniu potężne narzędzie, którego małżeństwo im nie odbiera. Przez to samo zapobieżono skandalicznym nadużyciom małżeństwa, w których mężczyzna przywłaszcza sobie majątek młodej dziewczyny, poślubiając ją bez intercyzy.