„Uciekła! — rzekł wyraźnie. — Prosiłem ją tylko o wodę — o trochę wody...”.

Był powalany błotem. Nakryłem go i stałem przy nim, czekając w milczeniu; od czasu do czasu dochodziło mnie jakieś słowo wyszeptane przez niego z trudnością. Nie mówił już swoim językiem. Gorączka go opuściła, zabierając z sobą żar życia. Z dyszącą piersią i połyskliwymi oczyma przypominał mi znowu dzikie stworzenie w sieci, ptaka schwytanego w sidła. Amy go opuściła. Opuściła go — chorego — bezsilnego — spragnionego. Włócznia łowcy utkwiła w samej duszy Janka.

„Dlaczego?” — krzyknął głosem przejmującym i oburzonym, głosem człowieka wołającego do swojego Stwórcy. Odpowiedział mu plusk deszczu i poryw wichury.

Kiedy się odwróciłem, aby zamknąć drzwi, wymówił słowo: „Miłosierny!” i skonał.

Stwierdziłem ostatecznie, że bezpośrednią przyczyną jego śmierci był atak sercowy. Serce musiało rzeczywiście mu nie dopisywać, bo inaczej byłby mógł przetrzymać doświadczenia owej burzliwej nocy. Zamknąłem mu oczy i odjechałem. Niedaleko od chaty spostrzegłem Fostera idącego żwawo wśród żywopłotów ociekających kroplami deszczu; jego owczarski pies biegł za nim.

„Czy wiecie, gdzie jest wasza córka?” — spytałem.

„Jakżebym nie wiedział — wykrzyknął. — Idę właśnie powiedzieć mu parę słów do słuchu. Żeby też biedną kobietę tak nastraszyć!”

„Już jej więcej straszyć nie będzie — rzekłem. — Nie żyje”.

Foster stuknął kijem w błoto.

„A tu jest jeszcze i dziecko”.