— Nigdy, chyba że się pan stąd wydostanie — odrzekłem, unikając jego spojrzenia.
Nie wydał się tym zaskoczony; przez chwilę stał bardzo spokojnie.
— Więc żegnam pana — rzekł po krótkiej chwili milczenia. — Może to i lepiej.
Uścisnęliśmy sobie ręce. Poszedłem ku łódce, która czekała, oparłszy dziób o wybrzeże. Szkuner, z przywiązanym żaglem głównym i kliwrem wyciągniętym na stronę nawietrzną, tańczył po fioletowym morzu; żagle zabarwiły się na różowo.
— Czy pan prędko wraca do kraju? — zapytał Jim w chwili, gdy przestępowałem przez burtę.
— Mniej więcej za rok, jeśli będę żył — odrzekłem.
Dziób zgrzytnął o piasek, łódka znalazła się na wodzie, mokre wiosła błysnęły i zagłębiły się po raz pierwszy, drugi. Jim, stojący na skraju wody, podniósł głos:
— Niech pan im powie... — zaczął.
Dałem znak ludziom, aby przestali wiosłować, i czekałem z zaciekawieniem. Powiedzieć — komu? Słoneczna tarcza, zanurzona do połowy, tkwiła w wodzie na wprost Jima; widziałem czerwony blask w jego oczach, gdy patrzył na mnie bez słowa.
— Nie, już nic — wyrzekł i odprawił łódź lekkim ruchem ręki.