Ale Makola, który stał jak na rozżarzonych węglach, odrzekł spiesznie:
— Nie wiem. Przychodzą z bardzo daleka. Może pani Price ich zrozumie. To są może źli ludzie.
Wódz poczekawszy chwilę rzekł coś ostro do Makoli, który potrząsnął głową. Obcy rozejrzał się wokoło, zauważył szopę Makoli i ruszył ku niej. W następnej chwili usłyszano głos pani Makola przemawiającej z wielką płynnością. Pozostali goście — było ich wszystkich sześciu — wałęsali się bezceremonialnie po dziedzińcu, wtykali głowy przez drzwi składu, obstąpili grób białego, wskazując znacząco na krzyż i w ogóle czuli się jak w domu.
— Nie podobają mi się te dranie i — wiesz co, Kayerts — oni muszą pochodzić z wybrzeża; mają broń palną — zauważył sprytny Carlier.
Kayertsowi te dranie nie podobały się również. Obaj po raz pierwszy zdali sobie sprawę, że żyją w okolicznościach, w których niezwykłość może być niebezpieczna, i że poza nimi dwoma nie ma na ziemi żadnej siły, która mogłaby odgrodzić ich od tej niezwykłości. Weszli do domu zaniepokojeni i nabili rewolwery. Kayerts rzekł:
— Musimy powiedzieć Makoli, żeby kazał im pójść precz, nim się ściemni.
Obcy ludzie odeszli po południu, zjadłszy posiłek przygotowany przez panią Makola. Olbrzymia kobieta była bardzo podniecona i dużo z gośćmi rozmawiała. Terkotała ostrym głosem, pokazując tu i tam na lasy i rzekę. Makola siedział na uboczu i śledził rozmowę. Niekiedy wstawał i szeptał coś żonie do ucha. Odprowadził obcych aż poza wąwóz leżący w tyle na granicy gruntów stacyjnych i powrócił wolnym krokiem pogrążony w głębokiej zadumie. Gdy biali zwrócili się do niego z pytaniami, zachował się bardzo dziwnie; zdawało się, że nic nie rozumie, że zapomniał po francusku, że w ogóle zapomniał mówić. Kayerts i Carlier zauważyli zgodnie, że Murzyn wypił za wiele palmowego wina.
Wprawdzie była mowa o tym, że trzeba by trzymać kolejno wartę, ale wieczorem wszystko wyglądało tak spokojnie i cicho, że poszli spać jak zwykle. Przez całą noc przeszkadzało im dudnienie bębnów po wioskach. Gdzieś, w pobliżu rozlegał się głęboki, szybki łoskot — odpowiadał mu drugi w oddali — i zapadała cisza. Wkrótce krótkie pobudki odzywały się znowu tu i tam, zlewały się i rozrastały, potężniejąc w silny i przeciągły warkot, który wypływał z lasu, toczył się w ciemnościach, ciągły i nieustanny, bliski i daleki — jak gdyby cały świat był jednym olbrzymim bębnem huczącym bez przerwy wezwanie do niebios. A poprzez ten głęboki i potężny hałas nagłe wrzaski, podobne do śpiewów buchających z domu wariatów, przedzierały się w ostrych, zgrzytliwych wytryskach, sięgając wysoko ponad ziemię i niwecząc wszelki spokój pod gwiazdami.
Kayerts i Carlier źle spali tej nocy. Zdawało im się, że słyszą wystrzały, ale nie mogli ustalić, w jakim kierunku. Rano nie było Makoli. Wrócił około południa w towarzystwie jednego z wczorajszych przybyszów i wymykał się wciąż Kayertsowi, który ani rusz nie mógł się z nim rozmówić; zdawało się, że Makola ogłuchł. Kayerts bardzo się temu dziwował. Carlier, który łowił ryby na wybrzeżu, wrócił tymczasem i rzekł, pokazując swój połów:
— Jakieś piekielne dzisiaj poruszenie wśród tych Murzynów; ciekaw jestem, co się tam święci. Z piętnaście łodzi przebyło rzekę podczas tych dwóch godzin, kiedy łowiłem ryby.