— Jest jeszcze pewna drobna sprawa — zaczął obojętnym tonem — o której chciałem z mężem pani pomówić. Doszło naszych rąk coś, co — jak przypuszczamy — jest skradzionym paltem.

Pani Verloc, szczególnie zaprzątnięta tego wieczoru myślami o złodziejach, dotknęła przelotnie stanika na piersi.

— Żadne palto nam nie zginęło — rzekła spokojnie.

— To dziwne — ciągnął prywatny obywatel Heat. — Widzę, że państwo trzymacie tu mnóstwo tuszu do znakowania...

Wziął do ręki małą buteleczkę i spojrzał na nią pod światło gazu palącego się w środku sklepu.

— Fioletowy... prawda? — zauważył, odstawiając buteleczkę. — Jak już wspomniałem, to jest naprawdę dziwne. Bo tamto skradzione palto ma pod spodem wszytą etykietę z waszym adresem wypisanym tuszem.

Pani Verloc pochyliła się nad ladą z cichym okrzykiem.

— To palto mojego brata!

— Gdzie jest pani brat? Czy mógłbym go zobaczyć? — spytał porywczo komisarz.

Pani Verloc pochyliła się trochę niżej nad ladą.