Pan Verloc słuchał ze zmarszczonymi brwiami.

— Moja rada brzmi, aby pan zwiał, póki to możliwe. To jest moje osobiste zdanie. Niektórzy spomiędzy nich — ciągnął komisarz Heat, kładąc szczególny nacisk na słowie „nich” — myślą, że pan już się przeniósł na tamten świat.

— Doprawdy! — wyrwało się panu Verlocowi. Choć od powrotu z Greenwich spędził większą część czasu w małym szynku, nie spodziewał się wcale tak korzystnych wiadomości.

— Takie mają przekonanie. — Komisarz kiwnął znacząco głową. — Niech pan zniknie. Niech pan zwieje.

— Dokąd? — warknął pan Verloc. Podniósł głowę i mruknął z przejęciem, patrząc na zamknięte drzwi prowadzące do sklepu: — Chciałbym bardzo, aby pan mnie zabrał jeszcze dziś. Poszedłbym za panem spokojnie.

— Ja myślę — rzekł szyderczo komisarz, spoglądając w tym samym kierunku.

Czoło pana Verloca zrosiło się drobnym potem. Zniżył głos i zaczął szeptać poufnie do niewzruszonego komisarza.

— Chłopiec był niepoczytalnym półgłówkiem. Każdy sąd byłby się o tym zaraz przekonał. Miejscem odpowiednim dla niego był tylko przytułek. I to najgorsza rzecz, która byłaby mu groziła, gdyby...

Komisarz, trzymając rękę na klamce, szepnął panu Verlocowi prosto w twarz:

— Może on i był półgłówkiem, ale pan był chyba szalony. Kto panu tak pomieszał w głowie?