— Przypomniałem sobie, że muszę dziś jeszcze trochę popracować.
— W związku z...?
— No tak, do pewnego stopnia.
— Niechże mi pan powie, co to jest właściwie, ta okropna historia?
— Trudno powiedzieć, co to jest, ale może wyniknie z tego une cause célebre79 — rzekł nadinspektor.
Wyszedł spiesznie z salonu i zastał jeszcze w hallu pana Władimira, otulającego starannie szyję dużym szalikiem. Za nim stał lokaj, trzymając palto. Drugi lokaj czekał u drzwi, aby je w odpowiedniej chwili otworzyć. Nadinspektorowi podano płaszcz; wyszedł natychmiast. Zstąpiwszy z kilku frontowych schodów przystanął, jakby się namyślając, w którą by stronę się udać. Pan Władimir dostrzegł to przez drzwi, które pozostały otwarte i zatrzymał się jeszcze w sieni, aby wyjąć cygaro i poprosić o ogień. Starszy mężczyzna we fraku podał mu zapałkę z miną pełną spokojnej troskliwości. Ale zapałka zgasła; wówczas lokaj zamknął drzwi i pan Władimir zapalił powoli i starannie duże hawańskie cygaro. Gdy nareszcie wydostał się z domu, spostrzegł z odruchem wstrętu, że ten „przeklęty policjant” sterczy jeszcze wciąż na chodniku.
„Czyżby na mnie czekał?” — pomyślał pan Władimir, rozglądając się za dorożką. Nie było żadnej. Parę prywatnych wehikułów czekało tuż przy chodniku. Latarnie ich paliły się równo, konie stały w zupełnym spokoju jak wyrzeźbione z kamienia, stangreci siedzieli bez najlżejszego ruchu w obszernych futrzanych pelerynach; białe, skórzane końce wielkich batów wisiały nieporuszenie. Pan Władimir zaczął iść, a „przeklęty policjant’’ szedł krok w krok obok niego, nie mówiąc ani słowa. Za czwartym krokiem pan Władimir poczuł wściekłość i niepokój. Dłużej tak trwać nie mogło.
— Wstrętny czas — warknął dziko.
— Ciepło — rzekł beznamiętnie nadinspektor. Przez chwilę milczał. — Schwytaliśmy człowieka nazwiskiem Verloc — stwierdził niedbale.
Pan Władimir nie potknął się, nie zatoczył, nie zmienił kroku. Ale wyrwał mu się okrzyk: