— Nie — rzekła pani Verloc. — Dał mi to. Nie liczyłam. Nie przyszło mi to wcale na myśl. A potem...
Poruszyła z lekka prawą ręką. W nieznacznym ruchu tej prawej ręki, która przed niespełna godziną zadała śmiertelny cios, przebijając ludzkie serce, było tyle wyrazu, że Ossipon nie umiał powstrzymać dreszczu. Przedłużył go umyślnie i mruknął:
— Zimno mi. Przemarzłem do szpiku kości.
Pani Verloc patrzyła prosto przed siebie w perspektywę swej ucieczki. Niby żałobna chorągiew rozpostarta nad ulicą, słowa: „Spuszczono delikwenta z wysokości czternastu stóp” uderzały niekiedy o jej wytężone spojrzenie. Poprzez czarną woalkę białka wielkich oczu połyskiwały i lśniły jak u kobiety zamaskowanej.
Sztywność Ossipona miała w sobie coś rzeczowego, jakiś dziwaczny urzędowy wyraz. Nagle zaczął znów mówić, jakby mu się język rozwiązał:
— Słuchaj no, może wiesz, czy twój... czy konto w banku było na jego własne nazwisko, czy też na czyjeś inne?
Pani Verloc zwróciła ku niemu zamaskowaną twarz o jaśniejących białkach.
— Na czyjeś inne nazwisko? — rzekła z namysłem.
— Odpowiedz mi na to dokładnie — pouczał Ossipon w sunącej szybko dorożce. — To niezmiernie ważne. Wytłumaczę ci. W banku zachowano numery tych banknotów. Jeśli wypłacili mu je na jego własne nazwisko, to kiedy się dowiedzą o jego... jego śmierci, będą mogli wyśledzić nas za pomocą tych banknotów, ponieważ innych pieniędzy nie posiadamy. Może masz przy sobie jakieś inne pieniądze?
Pokręciła przecząco głową.