Dla całej ludzkości „nieprzenikniona tajemnica” miała na pewno „zawisnąć na wieki” nad ową sprawą. Ale co on, Ossipon, pocznie, jeśli sam jeden ze wszystkich ludzi na świecie nie zdoła nigdy zapomnieć o tej przeklętej historii?

A wiedział najdokładniej wszystko to, co dziennikarz podawał do wiadomości czytelników, zatrzymując się na samym progu „tajemnicy”, która „zawiśnie na wieki”...

Towarzysz Ossipon był dobrze poinformowany. Marynarz pilnujący pokładu zauważył, co następuje: „Pani w czarnej sukni i czarnej woalce spacerowała o północy po bulwarze wzdłuż statku. — Czy pani płynie naszym statkiem? — spytał zachęcająco. — O, tędy, proszę pani. — Robiła wrażenie, że nie wie, co począć. Pomógł jej wejść na pokład. Wydawała się bardzo osłabiona”.

Ossipon wiedział również, co zauważyła stewardessa. Czarno ubrana pasażerka o bladej twarzy stała w środku pustej kajuty dla pań. Za namową stewardessy położyła się w końcu. Zdawało się, że nie jest zdolna wymówić ani słowa, jakby była czymś okropnie zgnębiona. Potem stewardessa spostrzegła, że nie ma jej w kajucie. Poszła więc na pokład jej szukać. Dalej Ossipon dowiedział się, że zacna kobieta znalazła nieszczęśliwą panią wyciągniętą na jednym z leżaków osłoniętych daszkami. Pasażerka miała oczy otwarte, ale nie chciała odpowiadać na żadne pytania. Wyglądała jak ciężko chora. Stewardessa sprowadziła głównego stewarda i oboje przystanęli obok leżaka, naradzając się, co począć z tą niezwykłą, tragiczną pasażerką. Rozmawiali głośnym szeptem (zdawało się, że pasażerka nie jest w stanie nic usłyszeć), mówili, że w St. Malo jest konsul i że trzeba się porozumieć z rodziną tej pani w Anglii. Potem odeszli, aby zarządzić przeniesienie jej do kabiny, bo sądząc z wyglądu, wydała im się po prostu konająca.

Lecz towarzysz Ossipon wiedział, że pod tą białą maską toczyła się walka między zgrozą i rozpaczą a potężną żywotnością, przywiązaniem do życia tak silnym, iż mogło przezwyciężyć straszliwą mękę prącą do zabójstwa i ślepy, obłędny strach przed szubienicą. Wiedział to. Ale stewardessa i główny steward nie wiedzieli nic poza tym, że gdy wrócili w niespełna pięć minut potem, czarno ubranej pani nie było już na leżaku. Nie było jej nigdzie. Znikła. Stało się to o piątej rano i nie był to wcale wypadek. W godzinę później ktoś z załogi znalazł na leżaku ślubną obrączkę, która przylgnęła do mokrego drzewa i swym połyskiem zwróciła uwagę marynarza. Wewnątrz obrączki była wyryta data 24 lipca 1879 r. „Nieprzenikniona tajemnica zawiśnie chyba na wieki”...

Towarzysz Ossipon podniósł zwieszoną głowę, ubóstwianą przez różne skromne kobiety Wysp Brytyjskich, głowę promienistym gąszczem włosów przypominającą Apolla95.

Tymczasem Profesor uczuł niepokój. Wstał z miejsca.

— Czekajcie no — rzekł spiesznie Ossipon. — Powiedzcie mi, co wy myślicie o szaleństwie i rozpaczy.

Profesor przesunął końcem języka po suchych, cienkich wargach i rzekł pouczająco:

— Te rzeczy już nie istnieją. Wszystkie potężne uczucia zatraciły się. Świat jest przeciętny, sflaczały, bezsilny. A szaleństwo i rozpacz stanowią siłę. Siła jest zbrodnią w oczach durniów, ludzi słabych i ludzi naiwnych, którzy rządzą kurnikiem. Wy jesteście przeciętni. Verloc, którego sprawie policja ukręciła łeb tak gładko, był przeciętny. No i policja go zamordowała. Był przeciętny. Każdy jest przeciętny. Szaleństwo i rozpacz! Dajcie mi je za dźwignię, a poruszę świat96. Ossipon, wyrażam wam swoją szczerą pogardę. Wy nie jesteście w stanie nawet zamierzyć tego, co przeciętny zapasiony obywatel nazwałby zbrodnią. Nie ma w was siły.